Wraz z końcem lat
70 kończyła się kariera muzyczna Black Sabbath. I to kończyła się
brzydko. Końcowe albumy z Ozzym - „Technical
Ecstasy” i „Never Say Die” są fatalne, najgorsze w całej dyskografii
zespołu. Nieudane ukłony w kierunku a to pop, a to prog rocka (w końcówce lat
70tych!), nędzne melodie, jakieś dęciaki (sic!)...liche, blade i
bez smaku – jakby z
jednej torebki herbaty ekspresowej zrobić cały dzbanek naparu.…Tak naprawdę to wstyd muzykę zawartą na tych przykrych płytach nazywać heavy metalem.
I nie ma co zwalać na Ozika – to nie on odpowiadał za jakość muzy Sabbathów. To ślepa uliczka, w którą zabrnął wówczas Tony Iommi.
I całkiem możliwe, że kariera Black Sabbath by dobiegła wtedy końca, gdyby nie Ronnie James Dio.
I nie ma co zwalać na Ozika – to nie on odpowiadał za jakość muzy Sabbathów. To ślepa uliczka, w którą zabrnął wówczas Tony Iommi.
I całkiem możliwe, że kariera Black Sabbath by dobiegła wtedy końca, gdyby nie Ronnie James Dio.
![]() |
| Ronnie James Dio w epoce "Heaven And Hell" |
Dio właśnie zakończył współpracę z Ritchie Blackmorem i
jego Rainbow i szukał nowych wyzwań. Zastąpić Osbourne’a w Black Sabbath, no,
to faktycznie było wyzwanie ! Efekty okazały się spektakularne i do tego
potężniejące z upływem czasu. To bardzo rzadka sprawa, by zastępując postać tak
popularną, jaką był Ozzy, wręcz symbol grupy, osiągnąć coś wartościowego, coś
nowego. Dio swymi płytami z Black Sabbath zapisał się złotymi zgłoskami w historii rocka.
Dołączenie Dio do Sabbathów dało grupie nowy impuls, radykalnie ją odmieniło, odświeżyło muzykę, przygotowało na udane „starcie” z NWOBHM. Sabbath unowocześnili brzmienie, odzyskali siłę, ciężar i metalową, że tak to ujmę, wiarygodność.
Trudno ocenić, ile w tym udziału samego Ronniego. Niby z
jednej strony to nie on był głównym kompozytorem – muzyka nadal leżała w
kompetencjach głównie Iommiego, z drugiej jednak strony trzeba zauważyć, że „nowy” Sabbath bardziej
przypominał Rainbow z epoki Dio niż samych siebie z czasów „Never Say Die”.
Więcej, kiedy Dio odszedł na swoje i
kontynuował granie pod własnym szyldem, to on, dużo bardziej niż kapela Iommiego, brzmiał jak Sabs epoki "Mob Rules" !
W mojej ocenie Ronnie James Dio odkąd porzucił pitulenie
w Elfie i dołączył do Rainbow, cały czas grał „swoją” muzykę. A to, że był w
stanie do tej muzyki nakłonić takie postaci jak Blackmore czy Iommi, no, to
tylko świadczy o jego wielkości.
Obie nagrane z Ronniem płyty Sabsów – „Heaven And Hell” i
„Mob Rules” to pozycje klasyczne, jak już napisałem, z upływem czasu coraz
bardziej kanoniczne i epokowe w historii metalu.
Popularne, chętnie słuchane i kupowane były od razu, ale na początku pokutowało jeszcze to powiedzenie „Sabaci to tylko z Ozim”. Ale w muzykę wchodziło nowe pokolenie wielbicieli ostrego rocka, dla którego brzmienie Sabbath z Dio było czymś naturalnym. Dla mnie Sabaci zaczęli się od „Turn On The Night” i „Voodoo” słuchanego w „Trójce”. A potem do tego doszły „Mob Rules” i genialny, epicki „Sign Of The Southern Cross” z powalającym swym ciężarem riffem.Przy „Over And Over” tańczyłem na dyskotece (tak ! 30 lat temu na dyskotekach grali Black Sabbath !) ze swą pierwszą dziewczyną, no a jak przyszło mi usłyszeć „Falling From The Edge Of The World”…to kolana się pode mną ugięły z zachwytu. Najpierw delikatnie, potem niewiarygodny ciężar smolistego riffu, a potem dziki gon głównej części. Jeden z najwspanialszych, zapoznanych a tak naprawdę nigdy niedocenionych kawałków w historii heavy metalu. I to wszystko na wspaniałym „Mob Rules” !
Popularne, chętnie słuchane i kupowane były od razu, ale na początku pokutowało jeszcze to powiedzenie „Sabaci to tylko z Ozim”. Ale w muzykę wchodziło nowe pokolenie wielbicieli ostrego rocka, dla którego brzmienie Sabbath z Dio było czymś naturalnym. Dla mnie Sabaci zaczęli się od „Turn On The Night” i „Voodoo” słuchanego w „Trójce”. A potem do tego doszły „Mob Rules” i genialny, epicki „Sign Of The Southern Cross” z powalającym swym ciężarem riffem.Przy „Over And Over” tańczyłem na dyskotece (tak ! 30 lat temu na dyskotekach grali Black Sabbath !) ze swą pierwszą dziewczyną, no a jak przyszło mi usłyszeć „Falling From The Edge Of The World”…to kolana się pode mną ugięły z zachwytu. Najpierw delikatnie, potem niewiarygodny ciężar smolistego riffu, a potem dziki gon głównej części. Jeden z najwspanialszych, zapoznanych a tak naprawdę nigdy niedocenionych kawałków w historii heavy metalu. I to wszystko na wspaniałym „Mob Rules” !
A rok wcześniejszy ‘Heaven And Hell” ? Równie wielki.
Szybkie, elektryzujące „Neon Knights” i obłędny „Die Young”, mocarne i ciężkie
„Children Of The Sea”czy tytułowy „Heaven And Hell” od dekad rozjaśniają historię
Sabbathów i całego metalu.
Współpraca Ronniego i Black Sabbath zakończyła się
szybko, ale wspaniale – nagraniem dwupłytowego „Live Evil”, pierwszego z
prawdziwego zdarzenia koncertu Sabbathów, gdzie z równą swoboda zespół zagrał
nowe hity jak i Osbournowe klasyki, po nowego zinterpretowane przez Dio.
Zaraz potem Dio „poszedł na swoje”, a o jego
debiutanckiej płycie „Holy Diver” (kolejny megaklasyk w historii metalu) przez
pewien czas mówiło się jak o nowej płycie …Sabbathów.
Ścieżki Panów przecięły się po dekadzie. Kariera Black
Sabbath leżała w zasadzie w gruzach po serii boleśnie przeciętnych hard
rockowych płyt nagranych z Tonym Martinem na wokalu, Ronnie też zabrnął w ślepy
zaułek, najpierw praktycznie rozwiązując swój zespół, a potem nagrywając z dość
przypadkowymi muzykami ciężką jak Sabbath, ale zaskakująco nudną „Lock Up The
Wolves”.
„Nowa” płyta Black Sabbath” Mk 2 – „Dehumanizer” nie
spotkała się z nadzwyczajnym przyjęciem – tez jej zarzucano, że nieciekawa, nie
inspirująca, że monotonnie powtarzająca znane panom patenty…no nie wiem. Tj.
wiem, bo mnie się ona od zawsze szalenie podoba. Jest na niej to wszystko, co
ukochałem w mariażu Iommiego, Butlera, Appica i Dio – szczery, prawdziwy,
piekielnie ciężki heavy metal rock. „Buried Alive”, „I”, „Sins
Of The Fathers” to rewelacyjne kawałki.
Drugie połączenie rozpadło się z wielkim hukiem, kiedy
okazało się, że Iommi i Butler na boku romansują z odnoszącym nieustające
sukcesy solowe Ozzym nad jakimś “reunionem” klasycznego line upu. Dio
potraktował to jako zdradę, natychmiast z awanturą opuścił zespół i w gniewie
nagrał dwie, radykalnie ciężkie i „nowoczesne” płyty solowe – „Strange
Highways” i „Angry Machines”. Dopiero po tych albumach złość mu przeszła i
wrócił do swojego klasycznego grania.(nb - z reunionu Sabbathów
wtedy nic nie wyszło...)
Do trzech jednak razy sztuka – i po kolejnych bodaj 15
latach Ronnie i Sabsi spotkali się jeszcze raz. Miało to miejsce już po, w
końcu dokonanym połączeniu sił Ozziego i Sabbath (i koncertowym tego efekcie –
double livie „Reunion”...), zatem, by wciąż nie mieszać fanom w głowach, nadto w
uznaniu klasycznego statusu, jaki przez dekady nabrało ich wspólne granie,
przyjęli nazwę pierwszej wspólnie wydanej płyty – „Heaven And Hell”. Kapela
ruszyła w znakomitą trasę koncertową po świecie, nagrała z tej trasy koncertowe
DVD, double liva oczywiście a na koniec nową (jak się okazało, pożegnalną…) płytę „The Devil You Know”.
Jej odbiór był podobny do „Dehumanizera”. Recenzje
raczej chłodne, zarzuty nudzenia, braku ciekawych pomysłów, wtórności.
Osobiście jeszcze raz się nie zgadzam. Płyta jest wspaniała – typowa dla
H&H, wypełniona ciężkimi riffami, wspaniałymi melodiami i niezmiennie
zachwycającym głosem Dio.
Może by się Panowie jeszcze raz zeszli, niestety, z
początkiem 2010 roku Ronnie James Dio zmarł, pozostawiając w żalu swych fanów i
ostatecznie kończąc historię zespołu, który, najpierw będąc Black Sabbathem,
ostatecznie nazwał się „Heaven And Hell”.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz