wtorek, 31 marca 2015

Zaskakująca śmierć polskiego rocka w polowie lat 80tych

Naszła mnie swego czasu refleksja na temat polskiego rocka, która dojrzewała mi w głowie, aż dojrzała niniejszym wpisem.
W PRL, gdzieś tak do roku 1980 było generalnie pod górkę. Władze niechętnie patrzały na "zachodnią", "kapitalistyczną:" muzykę, z wyzywającym emploi i potencjalnie buntowniczym przesłaniem.
W latach 70tych na dłużej w świadomości fanów rocka zaistniały bluesowo hard rockowy BREAKOUT, progresywny (coraz bardziej...) NIEMEN, hippisowska hard rockowo progresywna BUDKA SUFLERA i, przed wszystkim, wykluty z NIEMENA rewelacyjne jazz rockowo progresywne SBB.
SBB live

Pod koniec lat 70tych powstał ruch o nazwie Muzyka Młodej Generacji (MMG), w ramach którego popularność zaczęły zdobywać nowe formacje - wulc rockowe KOMBI czy MECH,  bluesowy KRZAK, i neoprogowy EXODUS.
Okładka debiutanckiej płyty KOMBI - wulc rock w czystej postaci

Ale tak naprawdę coś pierdolnęło w roku 1980. Naraz pojawiły Megagwiazdy - PERFECT, MAANAM i IZABELA TROJANOWSKA z BUDKĄ SUFLERA. My wszyscy, nastolatki, zwariowaliśmy doszczętnie na punkcie tych kapel. Byłe dla nas równie ważne jak największe gwiazdy z Zachodu.
A wciąż pojawiały się nowe zespoły, każdy z miejsca zdobywający uwielbienie rzesz fanów.
Rok 1981 to LOMBARD, fenomenalne heavy metalowe (w zasadzie hard rockowe) TSA, fenomenalny PORTER BAND i nowofalowa REPUBLIKA, gdzieś nieco dalej inne, mniejsze formacje pokroju np Bank. W roku stanu wojennego doszlusowały jeszcze rockandrollujące LADY PANK i ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY.

TSA - live ok 1983 (byłem na koncercie w katowickim Spodku)
Dodam, ze formacje z MMP też wszystkie aktywnie nagrywały kolejne płyty.
Podsumowując - lata 1980 - 1983 to niespotykany rozkwit polskiego rocka. Tysiące koncertów, setki tysięcy sprzedanych płyt (ile wyszło), miliony fanów.
Ciekawe, czy to przypadek, czy faktycznie chodziło tu o odciągnięcie uwagi młodzieży od politycznych zawirowań ? Czy władza ludowa jakoś nie "wspomagała" karier kolejnych zespołów ?
Z zasady jestem najdalszy od spiskowych teorii, no i za zabawne uznałbym, by ówczesnych rockmanów uznać za "współpracowników reżimu", ale, biorąc pod uwagę, jak nagle i zagadkowo w mniej więcej jednym czasie zerwały się kariery poszczególnych grup, może coś jest na rzeczy ?

Spójrzmy zatem :

KOMBI

po wydaniu 4 albumów :
- Kombi
- Królowie Życia
- Nowy Rozdział
- 4

w roku 1985 rozpoczęło nieudany flirt ze sceną w USA - ich 5 płyta wydana pod koniec lat 80tych nikogo już nie obchodziła,


 


MECH
obie płyty :
- Bluffmania
- Tasmania

wyszły w 1983 roku, potem 4 lata bez nagrania i rozpad w kompletnej ciszy medialnej,





  
KRZAK
wydaje 3 albumy :
- Blues Rock Band Live
- Paczka
- Krzak'i
i po śmierci Ryśka Skibińskiego w 1983 roku rozpada się,






EXODUS -
wydaje tylko dwie płyty :
- The Most Beautiful Day
- Supernova
materiał na ostatnią, pt. Hazard zostaje niewydany - zespół rozpada się w 1983







PERFECT -
najdziwniejsza historia. Po wydaniu 3 hiperpopularnych albumów :
- Perfect
- Live
- Unu
lider kapeli - Zbigniew Hołdys, rozwiązuje ją - w połowie 1983 roku







MAANAM
działa aktywnie tak do 1985 roku - wydając po drodze 4 albumy studyjne :
- Maanam
- O !
- Nocny Patrol
- Final Cut
ok. 1986 roku praktycznie jednak przestaje istnieć





 IZA TROJANOWSKA
Jej kariera runęła po wydaniu dwu albumów, już w 1982.
- Iza
- Układy
Potem nagrała płytę z Nalepą, której jej nie wydano (podobno krytykowała stan wojenny), buce z Solidarności krytykowały ją, że w tymże stanie  wojennym wystąpiła na koncercie w TVP (widziałam ten koncert i byłem zachwycony) - to wzięła dziewczyna i opuściła Polskę...,





 LOMBARD 
no, ci to próbowali, starali się. Do 1985 nagrali aż 5 płyt:
- Śmierć Dyskotece
- Live
- Wolne Od Cła
- Szara Maść
- Anatomia
ale później ich popularność dramatycznie spadła i do końca PRL w zasadzie nic ciekawego się z Lombardem nie działo,



 
TSA
w siodle byli do 1984, wydając po drodze 3 albumy studyjne:
- Live
- TSA
- Heavy Metal Świat
Potem, po spektakularnym odejściu gitarzysty Andrzeja Nowaka i bębniarza Marka Kapłona zespół się zreorganizował, nagrał płytę anglojęzyczną wersję Heavy Metal World wydaną bez sukcesów na Zachodzie i tak, całkowicie bez wyrazu, stoczył się w otchłań nicości, Nawet płyta w 1988 się ukazała, grali rock operę Jesus Christ Superstar, ale to już blade odbicie sławy...


PORTER BAND
dwie płyty :
- Helicopters
- Mobilization
i rozpad w całkowitej ciszy i zapomnieniu







REPUBLIKA
dwie płyty:
- Nowe Sytuacje
- Nieustanne Tango

wielka kłótnia zespołu podczas nagrania trzeciej i rozpad przed 1986







  
LADY PANK
dwie płyty :
- Lady Pank
- Ohyda
pierwsza świetna, druga nędzna , wielka sława, nieudana próba podbicia USA, skandal z pijanym Borysewiczem (obnażył się na koncercie) w maju 1986 - i raptowna utrata popularności





ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY
dwie płyty :
- Oddział Zamknięty
- Reda By Night
 i choroba głosu wokalisty - Krzysztofa Jaryczewskiego, załamująca popularność grupy.








Podsumujmy - w 1985 roku połowa już albo nie istnieje, albo nie ma ciekawego materiału do przedstawienia, rok później prawie żadna kapela już nie gra, a to, co gra, jest tragiczne.
Aż się chce napisać "Przypadek ? Nie sądzę" - aczkolwiek właśnie za przypadkową uważam tę klęskę.
Uwielbienie tłumów, pieniądze, hotele, sława, ale też rozgoryczenie otaczającą rzeczywistością (w porównaniu do dolce vita gwiazd rocka na Zachodzie), utarczki z cenzurą, kłopoty z nagraniem/wydaniem  kolejnego materiału.
Ostatecznie znużenie wspólnym graniem, wóda, obniżenie lotów (kiepskie nowe piosenki) plus  zmieniające się mody i sympatie fanów dołożyły się do obrazu rozpadu i klęski.

Na szczęście dla mnie wiosną 1986 ma miejsce pierwsza "Metalmania"  :




a na niej, Kat, Turbo, Dragon i Vader - i zaczyna się nowe  życie. A  PRLowskim poprockowcom - kij w oko na drogę.

wtorek, 17 marca 2015

Spotify - mon amour

To będzie trochę nietypowy wpis - nie będzie o żadnym skarbie Old Schoolowej popkultury. Będzie o ustrojstwie do tejże pop kultury poznawania. I tak - jak głosi tytuł - wpis będzie pochwałą serwisu streamingowego (a jeszcze bardziej "apki") SPOTIFY.




W jednym zdaniu - Spotify udostępnia via internet dostęp do (prawie) całości wydanej na płytach muzyki na świecie (!!!!), w nieoszałamiającej, oględnie pisząc, technologii - chyba mp3. Czyli muzyka brzmiąca "gorzej" niż z płyt.

Zawsze kochałem muzykę. Zawsze marzyłem, by mieć  zebrane na płytach "wszystko i wszystko", co tylko przyjdzie mi do głowy. Miałem sny, gdzie leżała przede mną sterta "moich" płyt, pełne dyskografie wszystkich fajnych zespołów świata, no, co tylko byłbym w stanie sobie wyobrazić.

Niespecjalnie za to kręciła mnie zawsze jakość odtwarzania. Parę płyt do słuchania na Arturze podpiętym do "amplitunera" Amator - to był max jakości. Regułą były kiepsko brzmiące kasety grane na monofonicznym (!) radiomagnetofoniku. Tak poznałem większość świetnej muzyki.
"Mój" Amator - silberfarbe :-)

Uważam, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy melomanami a audiofilami. I bardzo, brew pozorom, rzadko, obie te pasje łączą się w jednej osobie (choć często i jedni i drudzy udają, że jest inaczej...)

Pokrótce :
Meloman - to miłośnik muzyki. Dla niego muzyka jest w głowie, w sercu, w duszy, a sprzęt grający ma mu tylko "zapodawać" konkretne momenty muzyczne do przeżywania

Audiofil - miłośnik dźwięku. On rozpozna nie tylko nasycenie basów, środków czy sopranów, on "usłyszy" nawet  lepsze (lub gorsze) kable przesyłające dźwięk, najdrobniejsze niuanse nagrania, jakość mikrofonów w studio itp.

Meloman będzie z zachwytem słuchał monofonicznego nagrania, zgranego z wałka woskowego z jakiegoś koncertu Paderewskiego z roku, powiedzmy, 1912
Audiofil wybierze absolwent tokijskiego konserwatorium, byle studio nagraniowe było w najwyższej jakości, a każde uderzenie w klawisz fortepianu miało czystość górskiego kryształu.

No - i ja jestem, zdecydowanie, melomanem. 

Całe życie zbieram muzykę, wróć, zbierałem muzykę. Najpierw, oczywiście, winyle różnej proweniencji (polski rock, inny soc rock, nieco PRLowskiego popu od Rodziców, rzadkie, pojedyncze winyle Zachodnie), później dorobiłem się samorobionej kolekcji kaset z ekstremalnym metalem. Wolna Polska zaowocowała najpierw masami takich pirackich kaset - to wtedy kupowałem na kilogramy, uzupełniając dyskografie różnych formacji - potem zaś wolnym, szeroko dostępnym rynkiem muzycznym.
No i kilkanaście lat zbierania - najpierw kaset magnetofonowych, a potem CDków zaowocowało monstrualną kolekcją, podchodzącą od 1000 płyt.

Dżizzz, tym nawet się za bardzo zarządzać nie dało ! Co będę dziś słuchał ? Gdzie są płyty, które akurat teraz mnie zainteresowały ? A z tej płyty to mnie 2 i 5 kawałek ciekawi, a z kolejnej 4... Ułożyć sobie playlistę przenośną ? No to płyta po płycie do kompa i zgrywam z CD w format wma (najłatwiejszy, windowsowy)....

Jak słuchać takiej kolekcji ?

Zainspirowany wpisem kumpla (thx Czachór) zainwestowałem relatywnie niemałe pieniądze w przyzwoity odtwarzacz NAD (new audio dimension), fajny wzmacniacz słuchawkowy i bombowe słuchawki AKG za jakieś absurdalne, z mojego punktu widzenia, pieniądze. No i co ? No i ch.. to znaczy pstro. Puszczam płytę za płytą, ale żadnych nadzwyczajnych wzruszeń nie zaznałem. 
moje "oliwkowe" i "referencyjne AKG - podpięte do tableta chodzą jak burza :-P

Owszem, świetne słuchawki wyraźnie dodają przestrzeni muzyce - ma się wrażenie, ze kapela gra w dużym salonie, między muzykami jest sporo miejsca i dźwięk poszczególnych instrumentów łączy się wobec uszu słuchacza. Do tej pory proces łączenia był jakby na wcześniejszym etapie odtwarzania - w rezultacie dźwięk w słuchawkach był trochę jak pasztet - gotowy i zmieszany.
No, ale żeby to jakaś przepaść w świadomości była, nie powiem. Po dwu tygodniach nowe, piekielnie drogie, zabawki, się mi znudziły. I wszystko w kąt...

Aż nagle odkryłem SPOTIFY. Żeby nie było, jakiś czas temu kumpel mi sygnalizował "striming" z sieci różnych piosenek. No ale właśnie -  w ówczesnym Spotify były piosenki, kiedy ja chcę albumy,  były nowości, a ja chciałem głównie klasykę (OLD SCHOOL !), no i była jakość mp3, kiedy ja wolałem (podobno) wypas z oryginalnego CD. Parę lat zatem jeszcze się zakonserwowałem.

Dopiero przełom 2014/2015 był dla mnie Nowym Rozdziałem. Otwarłem się na Spotify i... wsiąkłem. No, dla melomana do jest niesłychana jazda bez trzymanki - to jest spełnienie odwiecznego snu o fanowskiej wszech-mocy. Wszystko (no, prawie wszystko...) natychmiast dostępne (byle tylko był net, oczywiście), każdy zespół, każda piosenka, z kiedykolwiek.
Dla typa takiego jak ja to poczucie wręcz nieograniczonej sswobody. Oto czytam przewodnik po death metalu "Wybierając Śmierć" - i, kiedy autor pisze o zespole, ja go sobie natychmiast zapuszczam ! To samo ze świetną pozycją"Black Metal". 
Ale to mało ! Przerzucam wspomnienia Billa Wymana (bas z Rolling Stones), co było popularne w Anglii lat 50tych i...puszczam sobie tamtejsze balladki radiowe !
Muzyka klasyczna ? A proszę bardzo - do wyboru do koloru ! Przewodnik płytowy wskazujący najlepsze w historii wykonania arcydzieł muzyki światowej ? Voila - mogę sobie, płyta po płycie odpalać na Spotifajku. (Wprawdzie akurat klasyczna muza jest na tyle bogata w niuanse brzmieniowe, że szkoda ją via mp3 odpalać, więc to tak tylko sygnalizuję, ze praktycznie wszytko jest i czeka na słuchaczy.

Nowości wydawnicze ? Co słychać u klasycznych kapel, których losy jakoś się przestało ostatnio śledzić ? Nic prostszego - klikasz na, powiedzmy, Voivoda, czy Flotsam & Jestam i już możesz jechać z najnowszą ich muzą. Bajka !

No a  minimalistyczna swoboda i domowy porządek, kiedy wywali się na strych setki walających się wszędzie, wypadających z szaf i poukładanych w stosy kompaktów - nieocenione !
Owszem - nie ma to tamto - Podstawowe Dyskografie Podstawowych Zespołów zachowałem w jednej, zawierającej ok 300 CDków szafce. I nowe wydawnictwa Wiodących Zespołów, jakby się akurat miały pojawić - to kupię w sklepie - tak mam jako fan wobec ulubionych kapel. Ale te setki płyt "a może choć trochę ciekawych" - raus aus Haus (fajnie się mi napisało :-)) i tylko via tablecik puszczam.

Żeby nie było przeróżowo - Spotify jest do ukochania tylko w wersji "premium", gdzie mamy brak reklam, możliwość tworzenia dowolnych kolekcji, playlist, puszczanie płyt w kolejności oryginalnej. Ale tez abonament Spotify to raptem 20 złociszy miesięcznie ! Noż kur.... chwila fascynacji black metalem po lekturze przewodnika kosztowała mnie grube setki złotych za stopniowo spływające do mnie płyty, już pomijając fakt, że w momencie, jak wkładałem do swego wypasionego sprzętu płytę, zainteresowanie nią, wywołane lektura mocno się ulotniło. No i pomijając groteskowość używania sprzętu hi fi do puszczania "true black metal" z definicji nagrywanego i brzmiącego maksymalnie brzydko.
Tylko wersja Premium daje niezbędną wręcz funkcjonalność odsłuchiwania Spotify "offline". Jak inaczej podpiąć komórę w samochodzie do systemu grania ? Ciągnąc muzę na komórkę ? Czyste bankructwo.
Zestaw ok 500 (!!! sic - mówiłem że Spotify jest dla "głodnych muzyki") przebojów "samochodowych" waży mi ok 6 GB miejsca na tablecie. Mnóstwo, ale mogę jechać nawet do Władywostoku (no, Dubrownika) pewien, że dobrej muzyki mi nie zbraknie.


Ma SPOTIFY i inne minusy.

Przede wszystkim - no, niby ta jakość. Niby można wybrać 3 opcje jakości odtwarzania (normalna, wysoka, super), ale ja żadnych różnic nie słyszę. Żadna z nich dźwięku CD raczej nie jest w stanie odtworzyć. Ma to czasami nawet i zalety, bowiem inne pasma dźwiękowe mp3ek wydobywają z od lat znanych kawałków nowe, nieznane dotychczas smaczki. A to jakiś klawisz w tle coś cicho zwodzi, a to gitarowe zagrywki się spod huku kapeli wyłoniły, no, ale generalnie jest dźwiękowo biedniej. Nawet, jak się nośnik ze Spotifajkiem podepnie do przyzwoitego nagłośnienia (ja mam w tablet wpięte moje "referencyjne" słuchawki AKG  - ktoś wie, co wogle oznacza że one są "referencyjne" ?), to jakiegoś szału wielkiego nie ma.

Zweitens - zaskakujące czasami braki w zasobach. No to jak to - "całość muzyki światowej" bez..... The Beatles ? (serio !), bez AC/DC (!!!) , King Crimson (!!!). Czasami dyskografie zespołów nie zawierają starszych pozycji. No i np "Bonded By Blood" Exodusa niet. I pierwszych Destructionów też niet. I "Pleasure To Kill" Kreatora nie ma. No, jak żyć Panie Premierze, chce się zawołać w takim momencie. Ale wtedy patrzy człowiek na setki tysięcy pozostałych płyt, na dziesiątki tysięcy tych płyt, które go interesują i myśli sobie...no to macie bitlesi, pecha... Zresztą Spotify nadrabia straty jak burza. Np. na przełomie roku Bathory był szczątkowo reprezentowany, teraz jest cała dyskografia.

Letztens - Spotify nie zaspokaja apetytów takich muzykożerców jak, np, ja. podobnież "tylko" 10.000 numerów można zapisać jako "swoje. To tak ok. 1000 płyt. A mnie z 5 razy więcej interesuje ! W rezultacie, jak tworzyłem swą kolekcję, najpierw odtworzyłem swój stan płytowy, potem zacząłem dopisywać kolejne ciekawe płyty i...zaraz się Spotifaj zatkał. Tj. jeszcze gorzej, zaznaczasz, że -płyta jest "saved", ona niby pojawia się na liście Twych płyt, a za chwilę sama z siebie zanika. Najpierw się zgotowałem, no bo jak mam spamiętać te tysiące rzeczy, które mnie, potencjalnie, mogą kiedyś zaciekawić ? Tylko "kupując" (zapisując) płytę ! A tu pasztet !


Ale jest metoda :-). Kolekcja moich płyt to taki żelazny niezbędnik - Stonesi, Kiss, klasyka metalu i thrash/black/deathu, polski soc-rock. Inne Potencjalnie Ciekawe Płyty są reprezentowane przez pojedyncze kawałki, które na tematyczne playlisty powrzucałem (black, detah, dojczmetal, ruski folk metal itp). Jak sobie chce wybrać płytę, to puszczam "losowo" playlistę, i Spotify wybiera dla mnie płytę, którą sobie zapuszczę. Do tego jeszcze ze dwie "samochodowe" playlisty megaprzebojów (tak a la radio Złote Przeboje) dla całych rodzin do grania i szafa gra.


Podsumowując Spotify :
+ cała (no, prawie...) muzyka świata pod jednym klikiem palca
+ dziesiątki własnych playlist, układanych (jednym klikiem !) według własnego gustu,
+ szuflowanie pomiędzy płytami, kapelami bez konieczności nawet ruszenia d... do odtwarzacza
+ radykalne (w moim wypadku kilka stów miesięcznie) oszczędności na niekupionych płytach
+ radykalne (przy moich ilościach płytowych) oszczędności w przestrzeni życiowej (1000 płyt to prawie cały jeden pokój zajmuje),
+superłatwe zarządzanie "swoją" muzyką

- jakość mp3
- braki w ofercie (ale poważnie - bez bitlesów ???, no bez jaj...),
- ograniczenie (i to bez żadnego uprzedzenia aplikacji !) w możliwości gromadzenia "własnej" muzyki.

Nic, tylko "grać, grać, GRAĆ !!!"

PS.
Zestaw tegotygodniowy via SPOTIFY :

1. ETERNAL LORD   Blessed Be This Nightmare
2. EISBRECHER         Eisbrecher
3. SVARGA                Jaw Wozdymajet
4. CANDLEMASS     Nightfall
5. VOIVOD                Target Earth
6. BOLT THROWER War Master
7. WATAIN                Wild Hunt
mniam, mniam...

wtorek, 10 marca 2015

Stefan Grabiński - "Demon Ruchu"

Stefan Grabiński (1887 - 1936) - to wciąż nienależycie doceniany polski mistrz literackiego horroru. A dokładnie tego, w czym literacki horror najlepiej się wyrażał - noweli niesamowitej.
Stefan Grabiński

Dzisiejsza literatura grozy oparta jest o całkowicie inne założenie. Założenie, które ma swój początek chyba w Stevenie Kingu - autorze horrorów, który odniósł największy sukces komercyjny. Autorze dziesiątków bestsellerów, prawie wszystkich przeniesionych na wielkobudżetowy hollywoodzki ekran.
King, a za nim jego naśladowcy, wypracował formułę współczesnej powieści grozy - ma być z zasady "na grubo" (500 stron i więcej to żadne zaskoczenie). Szczegółowe, tak pisane pod ewentualną ekranizację, opisy lokalizacji, bohaterów - ich motywacje, przemyślenia wewnętrzne, troski. Ot, dramat obyczajowy, "zwyczajne ludzkie życie". I w tym dramacie nagle pojawia się wątek nadprzyrodzony, niezwykły, niesamowity. Akcja nabiera tempa (z zasady niespiesznie...), momenty grozy przeplatane są momentami odprężenia, w końcu tajemnica się wyjaśnia a, kłopoty bohaterów zostają przezwyciężone. Tak często wygląda dzisiaj literacki "horror" (już pomijam, że "horrorami": nazywane bywają romanse pensjonarskie pokroju sagi "Zmierzch" i jej klonów...)
Dlatego, przynajmniej wobec opowiadań, wolę używać określenia "weird fiction". "Horror" brzmi prostacko, jak durny film VHS z lat 80tych dla popiskujących amerykańskich nastolatków. "Weird fiction" to szlachetne określenie, dobrze opisujące fenomen opowiadania niesamowitego, które stanowi najwyższą formę istnienia gatunku literackiej grozy. Gdzie na relatywnie niewielkiej powierzchni trzeba zawrzeć POMYSŁ i jego efektowne ROZWIĄZANIE.

Właśnie mistrzem noweli weird fiction był niegdyś bardzo popularny, potem całkowicie zapomniany, a ostatnio conieco (ale bez spektakularnych póki co efektów) przypominany - Stefan Grabiński.
       Natrafiłem na niego na początku lat 80tych- wkrótce po zderzeniu z geniuszem E.A.Poego (zbiór "Opowieści niesamowite" Wydawnictwa Literackiego z upiorną plamą na okładce) :

 Najpierw było jedno, drugie opowiadanie, wydane w paperbackowej, "zeszytowej"; serii "Nie Czytać O Zmierzchu" :

a później, tak na przełomie 82/83 ein richtiger Kopfschuss - czyli trzytomowe wydawnictwo, znowu WL - a przede wszystkim tom "Nowele".

To była wielka miłość od pierwszego wejrzenia, miłość nieprzemijająca do dziś. Zachwyt nad nieograniczoną wyobraźnią, nad konsekwencją artystyczną, cudownym "młodopolskim" językiem. No i często gęsto autentyczne dreszcze grozy - Grabiński bowiem pisał weird fiction na poważnie, z pasją, miłością i świadomością gatunku.
Wydawał swe opowiadania w niewielkich tomikach - "W Pomrokach Wiary", "na Wzgórzu Róż", Demon Ruchu", "Szalony Pątnik", "Księga Ognia", "L'Appassionata" i "Niesamowita Opowieść".

Największą sławę przyniósł Grabińskiemu tomik "Demon Ruchu" - zbiór opowiadań niesamowitych połączonych jednym tematem, mianowicie koleją żelazną.  Faktycznie, opierając wszystkie historie o zagubione pociągi, zapomniane tory i niewyjaśnione katastrofy kolejowe uzyskał Grabiński niezwykły efekt spójności artystycznej, powodując, że, jak to często bywa, całość jest większa od sumy części składowych. Stąd największe wrażenie robi "Demon Ruchu" czytany w wydaniach całościowych, nie zaś poszczególne jego części.

Opowiadania bowiem w zbiorze są nierówne, obok znakomitych i budzących dreszcz znaleźć można i słabsze fragmenty, niedowarzone czy nierozwinięte fabularnie pomysły. A może inaczej, nie to, że w "Demonie" są opowiadania słabe - bo to nieprawda, ale nie wszystkie są tak wspaniałe, niesamowite, jak, powiedzmy' Smoluch", "Sygnały" czy tytułowy "Demon Ruchu". Zdarza się, że dominującym elementem opowiadania jest  nie tyle czysta nadnaturalna groza, co Nieodgadnione, jakaś nadzmysłowa Tajemnica. Oczywiście - co kto lubi, i pewnie są czytelnicy, którym właśnie taki nastrój, raczej tajemnicy niż horroru, odpowiada bardziej, ale ja tutaj piszę o Grabińskim jako o autorze grozy i za to najbardziej go uwielbiam.
Nawet najlepsze nowele kolejowe miałyby kłopot w rywalizacji z tym ,w czym Grabiński osiągał najlepsze rezultaty, a co, z uwagi na polską tak przed jak i powojenną pruderię, bywało napisze tak - nieakcentowane. W połączeniu grozy z rozbuchanym erotyzmem.
To takie nowele, jak "Kochanka Szamoty", "W Domu Sary" czy "Czad" - wszystkie bez wyjątku kręcące się wokół damskiej d... (że tak koszarowo to ujmę) stanowią prawdziwy przyczynek do sławy Polaka, jego największe osiągnięcie. Pełne autentycznej grozy, a przy tym rozbuchanych, cielesnych żądz, przerażają i zachwycają do dzisiaj.
Przy nich metaforyczna opowieść o umieraniu ("Głucha Przestrzeń"), historie o zagubionych pociągach ("Dziwna Stacja", "Ślepy Tor"), czy niewyjaśnionych katastrofach ("Fałszywy Alarm", "Maszynista Grot", "Smoluch") są znacznie bardziej blade - choć nieodmiennie ujmują pięknem języka, śmiałością wyobraźni Autora i tym niezwykłym romantyzmem kolejowym. Aż trudno sobie dziś wyobrazić tak niezwykłe, fantastyczne podejście do czegoś tak na pozór przyziemnego jak jazda pociągiem. Ot, wsiadamy w Pendolino i za 2.30 godziny chcemy być w Warszawie. Cały "romantyzm" to czy gdzieś w polu nie staniemy i się na spotkanie w stolycy nie spóźnimy...
Ale żeby nie było, ze w jakikolwiek sposób narzekam - "Demon Ruchu" jest, jak każdy zbiorek Grabińskiego- pozycją ze wszech miar KULTOWĄ. W dobie dzisiejszego renesansu horroru twórczość "polskiego Poego" zasługuje na przypominanie, czytanie, analizę i zasłużone uwielbienie.
Wydany bez rozgłosu na początku XXI wieku kompletny zestaw "Demona Ruchu"

                                                                     *

Oprócz opowiadań Grabiński podjął również próby pisania powieści niesamowitych. W sumie napisał ich cały szereg - "Salamandra", "Cień Bafometa", "Wyspa Itongo" czy ostatni "Klasztor I Morze". Ale tutaj odniósł spektakularną porażkę. Ani artystycznie, ani komercyjnie, powieści nie udały mu się. Z każdym kolejnym rokiem jego krótkotrwała sława, zdobyta "Demonem Ruchu", ulatniała się i rozpływała (niczym jeden z bohaterów noweli "W Domu Sary").
W PRL nie było z jego twórczością lepiej. W kraju Realnego Socjalizmu, realnych problemów realnych ludzi pracy, nie było miejsca na przedwojennego marzyciela/spirytysty z rozkwieconym stylem literackim. W PRL liczył się konkret,  robociarsko/inżynierski etos, gdzie fantastyka liczyła się o tyle, o ile była "naukowa". Podróże w kosmos, obce cywilizacje, rozwój społeczny ludzkości na ziemi - to było wspierane i wydawane. A nie historie o pociągach - duchach...I w podobnej manierze wpływano na gust czytelniczy. Liczyło się "twarde science fiction - Lemy, Strugackie, Bułyczowy, jak ktoś dorwał to Asimov czy Clarke.
Przedwojenna opowieść o nadprzyrodzonych zjawiskach to mogła być ciekawostka literacka, dla hobbystów, koneserów staroci (wielbicieli ówczesnego Old Schoolu) - i jako taka wydana była w serii "Stanisław Lem poleca" czy w późniejszej Wydawnictwa Literackiego.
Po '89 tak trochę a propos niczego wydano kompletny zbiór "Demona Ruchu", bez jakiejś promocji czy w ogóle przypomnienia postaci - wątpię, by sprzedało się wiele egzemplarzy (chociaż m,nie się udało złowić).
Parę lat temu "na bogato" wydano dość gruby zbiór opowiadań, zatytułowany - dziwnym nie jest - "Demon Ruchu", zawierający gros tekstów kolejowych i niezły wybór pozostałych opowiadań.

Ostatnio wydawnictwo Agartha postanowiło uzupełnić luki w Grabińskim i wydało praktycznie wszytko, do tej pory w Polsce niewydawane - zbiór rozproszonych opowiadań (o różnej wartości) pt "Wichrowate Linie", jak tez i powieść "Klasztor i Morze". Niestety - dystrybucja z gatunku tych podziemnych - przy ogromnym wysiłku, guglując ile się da, można znaleźć tu i ówdzie ww. pozycje. Żeby tak wejść do księgarni i kupić - mowy i nie ma.
W formie elektronicznej nabyć można zarówno "Demona Ruchu" - e-wersję książki, o której pisałem powyżej, jak i "Opowieści Niesamowite" - zbiór WSZYSTKICH opowiadań Grabińskiego - za niewygórowaną cenę kilkunastu złotych. Kindlarzom gorąco polecam.


okładka e-bookowego wydania wszystkich opowiadań Stefana Grabińskiego.

                                                                             *

Grabiński był też, ale bardzo nieśmiało, ekranizowany. Dwa opowiadania - "demonoworuchowy" "Ślepy Tor" i "Pożarowisko" z tomu "Księga Ognia" zostały sfilmowane w latach jeszcze sześćdziesiątych w takim cyklu telewizyjnym "Opowieści niesamowite" (z Kazimierzem Rudzkim jako narratorem), zaś w połowie lat osiemdziesiątych nakręcono, z Eugeniuszem Kujawskim w roli głównej dwa "grabińskie" filmy telewizyjne - "Problemat Czelawy" i "W Domu Sary"
Eugeniusz Kujawski "W Domu Sary"
Parę, gorzkich niestety, słów na zakończenie muszę poświęcić audio bookowemu wydaniu "Demona" (tak, pojawiły się i audiobooki z Grabińskim). Czyta opowiadania Roch Siemianowski i czyni to KATASTROFALNIE.. Już pomijam często plątane, źle stawiane akcenty, czy przecinki, to drobiazgi - ale chodzi o ogólny ton lektury. Siemianowski jest, wypisz wymaluj,  efektem socjalistycznej anty-romantycznej propagandy, zgodnie z którą różnego rodzaju "opowieści z dreszczykiem' to przebrzmiała ramotka, godna popierdliwego ględzenia przy kominku. Jakaś nuta tajemnicy w głosie lektora, jakaś niepewność, mrok, może czający się strach? Gdzie tam, poHukiwanie dziarskiego staruszka (z nadakcentem na nieme "h", którego to grepsu mocna Siemianowski nadużywa podczas lektury) opowiadającego bajędy przy kominku. Odnoszę wrażenie, że Siemianowski w ogóle się nie zastanawia nad tym, co czyta. Ot, byle nieme "H" zaakcentować i "charakterystycznie" pochrypieć.

Brrrr koszmar, i to nie taki, o jaki chodziło Grabińskiemu...

 

wtorek, 3 marca 2015

Ekranizacje Lovecrafta - zakończenie

                                                           

W roku 1988, w apogeum mody na plastikowe i kiczowate horrory wypuszczane na rynek VHS video, jak też bazując na rosnącej popularności HPL, która przynosił mu system fabularny "Call Of Cthulhu" światło dzienne ujrzała film  "Unnamable" - ekranizacja pomniejszego opowiadanka HPL ":Nienazwane". To swego rodzaju mistrzostwo, opowiadanie ma chyba ze dwie stroniczki i składa się z - dosłownie jednej sceny fabularnej ! . No, to autorzy filmu resztę dopisali w stylu filmu dla nastolatków o domu w którym straszy. Efekt był mizerny, ale i tak w 1992 roku nakręcono kontynuację - "Unnamable 2", na zbliżonym, kiepskim poziomie.



imdb       4.9   5.1
filmweb  4.8   5.1
Galfryd   5      5

                                                                       *


Teraz słów parę o aż trzech filmowych adaptacjach opowiadania "Przyczajona Groza" (Lurking Fear). To wczesne opowiadanie HPL, tematycznie krewniak np "Szczurów w Murach", obrazujące jego strach przed degeneracją gatunkową ludzi. Jest dom, w którym straszy, w którym giną ludzie rozszarpani przez wychodzące po zmroku potwory, jest też tajemnica wiążąca monstra z historią rodu zamieszkującego w domu. 
Atrakcyjne fabularnie opowiadanie po raz pierwszy na ekran przeniesiono w roku 1989 w filmie "Dark Heritage". Jest to chyba najwierniejsza adaptacja "Przyczajonej Grozy", niestety, w parze z entuzjazmem twórców  i ich uwielbieniem dla HPL nie szły jakiekolwiek umiejętności warsztatowe czy (przykro powiedzieć) samorodny talent. Do tego wręcz groteskowo nieudolne aktorstwo, które prezentuje się gorzej niż akademia szkolna, no i , niestety, pozostaje coś godnego uwagi tylko dla lovecraftowskich completists, nie dla przeciętnych fanów filmowej grozy.


imdb       4.3
filmweb  5.5
Galfryd   6 (tylko z miłości do HPL i serdeczności dla zapału nieuzdolnionych twórców)



W roku 1994, z Jeffreyem Combsem w jednej z ról, pojawiła się druga ekranizacja "Przyczajonej Grozy" - "Lurking Fear" :


imdb       4.7
filmweb  4.5
Galfryd   6
a w 1997 kolejna, już trzecia, zatytułowana "The Bleeders" (lub "Hemoglobin")




imdb       3.7
filmweb  4.9
Galfryd   6

Żadna z nich niczym szczególnym się nie wyróżniła, obie dość swobodnie podeszły do fabuły oryginału, tak, ze raczej z kronikarskiego obowiązku je tu odnotowuję.


                                                             *

Dan O'Bannon (scenarzysta "Aliena") w roku 1991 doczekał się możliwości nakręcenia własnego filmu. Naturalnie zdecydował się na adaptację Lovecrafta, wybierając "Przypadek Charlesa Dextera Warda". 
Budżet filmu miał ograniczony, na dodatek pod koniec kręcenia w proces tworzenia wtrącili się producenci, dość bezceremonialnie tnąc i zmieniając prawie gotowy materiał. Mimo, ze rozżalony O'Bannon skarżył się w wywiadach, że tylko "jego" wersja (zatytułowana "The Ancestor") była naprawdę godna uwagi, a przemontowany "komercyjnie film (The Resurrected) jest porażką - powstał film naprawdę mogący się podobać każdemu miłośnikowi filmowej grozy ( a fani Lovecrafta uwielbiają go). Film jest bardzo wierny literackiemu oryginałowi i zawiera naprawdę mrożące krew w żyłach fragmenty (konia z rzędem temu, kto nie podskoczy w scenie w podziemiach !) 





(również "Resurrected" jest w całości na niezawodnym you tubie) 

imdb       6.5
filmweb  5.9
Galfryd   10 !

                                                                      *

Kolejny fan Mistrza z Providence, John Carpenter, wrócił na terytorium lovecraftowskie znakomitym i bardzo popularnym filmem "W Paszczy Szaleństwa" (In The Mouth Of Madness) z roku 1994. Opowieść przypomina połączenie "Krainy Chichów" Jonathana Carrolla (autor żyjący w stworzonym przez siebie świecie) z klasycznymi motywami lovecraftowskimi (odludne miasto pełne szalonych kultystów, mroczne, kosmiczne bóstwa stojące na progu wtargnięcia do naszego świata, ludzkość popadająca w zbiorowe szaleństwo). Do tego mnóstwo grozy i ponure, pesymistyczne zakończenie. Rewelacja (w 1995 roku zabrałem na ten film moją, ówcześnie, narzeczoną - trzy dni się do mnie nie odzywała, obrażona, bo tak się bała).


imdb       7.2
filmweb  7.1
Galfryd   9


(Tak, "W Paszczy Szaleństwa" też można jutubnąć za free...)

                                                                     *

Od "In The Mouth Of Madness" motywy lovecraftowskie nie potrafią się przebić w pierwszoligowym (czytaj hollywoodzkim) nurcie kina światowego. Parę lat temu ogłaszano, ze Guillermo del Toro (kolejny z fanów HPL...) przymierza się do ekranizacji "W Górach Szaleństwa", ale jakiś kolejny kryzys filmowy zatrzymał, póki co, te plany.

Za to nurt drugoligowy, "poboczny", ten, gdzie nie ma zbyt wiele pieniędzy, za to jest pasja i uwielbienie dla prozy HPL ostatnimi laty rozkwita.
Zacznę od postaci włoskiego reżysera Ivana Zuccona. Zadeklarowany wielbiciel Lovecrafta motywami i pomysłami Mistrza inkrustował już swe debiutanckie, ultratanie filmy, "The Darkness Beyond" i "The Unknown Beyond". 
W roku 2003 Zuccon nakręcił nowelowy film "La Casa Sfugita" ("The Shunned House"), łączący w jedną opowieść o przeklętej gospodzie motywy z opowiadań HPL -  "Nawiedzony Dom", "Sny W Domu Wiedźmy"i "Muzyka Ericha Zanna". Film, jak wszystkie Zuccona, bardzo tani, pełen kiepskiego aktorstwa i kiepskiej angielszczyzny włoskich wykonawców ujmuje jednak miłością do HPL i paroma udanymi momentami grozy.



imdb       4.6
filmweb  4.5
Galfryd   7


Za to film Zuccona z 2009 roku - ekranizacja "Koloru Z Przestworzy", zatytułowana "Colour From The Dark" jest genialna ! Większość widzów się ze mną nie zgadza, co dobitnie wynika z lichych notowań jakie "Colour" ma na portalach filmowych, ale to tylko dowodzi, że większość się grubo myli - film jest zaskakująco wierny wobec literackiego oryginału (mimo wplątania w treść ciężkostrawnej włosko-katolickiej ornamentyki, całkowicie obcej ateistycznemu Lovecraftowi), i - przed wszystkim, bardzo ale to bardzo przerażający ! Sceny na strychu z oszalałą żoną (genialna Debbie Rochon!) to kult w czystej postaci.
Debbie Rochon - demoniczna mama w "Colour From The Dark"



imdb       4.7
filmweb  3.9
Galfryd   9

                                                                       *


Rok później "Kolor" nakręcili Niemcy. Film, zatytułowany "Die Farbe", jest naprawdę świetny; jeszcze bardziej niż film Zuccona wierny wobec Lovecrafta, bardzo, ale to bardzo rzetelny, dobrze skręcony, porządnie zagrany i sfilmowany. Zabrakło trochę nuty Zucconowego szaleństwa i idącej za tym prawdziwej grozy, ale ogólny efekt naprawdę zasługuje na uznanie.



imdb       6.8
filmweb  6.7
Galfryd   9

                                                                        *


Fani HPL potrafią się organizować w duże i prężne grupy. Jedna z największych i najważniejszych to HPLHS (Howard Phillips Lovecraft Historical Society). Organizują oni w Portland festiwal amatorskich filmów lovecraftowskich (zestaw pięciu płyt DVD z filmami festiwalowymi gorąco polecam wszystkim fanom - choć większość tych produkcji można  całkiem za fri zalukać na jutubie - postaram się kiedyś je spisać kwoli umożliwienia odszukania - choć wystarczy wpisać Lovecraft w jutuba i już się zaczną pojawiać), a w końcu postanowili oddać należyty hołd i sprawiedliwość Mistrzowi, i przenieść na ekran jego prozę "jeden do jednego", akapit po akapicie. 
Żeby było trudniej, na warsztat wzięli "Zew Cthulhu" opowiadanie powszechnie uważane, z uwagi na swą segmentową narrację i brak spójnego motywu fabularnego za niemożliwe do sfilmowania By ukryć brak funduszy na film ("godzillowy" finał historii z R'lyeh i Wielkim Cthulhu w akcji !) wymyślili świetny trick - postanowili nakręcić "The Call Of Cthulhu" tak, jak  zostałby on nakręcony w roku, kiedy Lovecraft napisał "Zew" - czyli w 1926. Powstał film nie tylko czarno biały, ale i NIEMY !!!! I do tego GENIALNY. "The Call Of Cthulhu" to jakże rzadki przykład, kiedy to fanowskie uwielbienie dla dzieła Mistrza idzie w parze z talentem, reżyserów, scenografów, aktorów i kompozytora. "Zew Cthulhu" to ultrawierna, praktycznie akapit do akapitu, adaptacja słynnego opowiadania, zachwycająca i urzekająca nie tylko fanów HPL, ale każdego miłośnika oldschoolowej grozy. Wysokie noty jak najbardziej zasłużone



imdb       7.4
filmweb  7.4
Galfryd    10 !!!!!



Ta sama ekipa parę lat później wzięła się za kolejne Wielkie Opowiadanie HPL, które nie zostało we właściwy sposób przeniesione na ekran - "Szepczącego W Ciemności". Film powstawał długie lata, doprowadził HPLHS na krawędź bankructwa a twórców na krawędź załamania nerwowego, ale w końcu w roku 2011 został ukończony i przedstawiony światu. Rezultat okazał się nieco kontrowersyjny - bowiem autorzy porzucili zasadę wierności prozie Mistrza i dopisali do opowiadania (znowu arcydzieła nastroju prawie pozbawionego akcji fabularnej) sensacyjną, pełna akcji fabułę. Na szczęście genialne, w pełni zgodne z duchem Lovecrafta, zakończenie uratowało film. Wielbiciele HPL MUSZĄ obejrzeć, każdy miłośnik grozy powinien. A nawet inaczej - prawdziwi fani Mistrza powinni, jak ja, namierzyć oba filmy na necie i kupić je bezpośrednio od Autorów. WARTO ! W bonusie można dostać, jak ja, list osobiście podpisany przez reżysera :-)
"Szepczący W Ciemności" ("Whisperer In Darkness" 2011) 



imdb       6.7
filmweb  6.5
Galfryd   8




Na zakończenie cyklu umieszczę coś szczególnego - trailer do filmu....którego nie ma. Jakiś wielbiciel prozy HPL, zniecierpliwiony przeciągającym się oczekiwaniem na film del Toro, "nakręcił" (a dokładniej zmontował z istniejących materiałów) trailer do "W Górach Szaleństwa". Enjoy, and hail to the glory of Howard Phillips Lovecraft :




poniedziałek, 2 marca 2015

Ekranizacje Lovecrafta c.d.

Lata siedemdziesiąte w kinie grozy należały do Szatana... Popularność takich klasyków jak "Dziecko Rosemary" (1968), "Egzorcysta"(1973) czy "Omen" (1976), jak też ich kontynuacji, naśladownictw itp. zepchnęła kosmiczne monstra Lovecrafta na margines.
Powrót fantastycznych wizji Mistrza był jednak spektakularny - w 1979 roku Ridley Scott nakręcił jeden z najlepszych i najsłynniejszych filmów grozy wszechczasów - "Alien" ("Obcy - Ósmy Pasażer Nostromo").


Czy jest ktokolwiek na świecie, kto nie znałby na pamięć "Aliena" ? Jeśli gdzieś się chowa pod jakimś kamieniem, niech natychmiast spod niego wyjdzie i obejrzy to arcydzieło, bo naprawdę warto.
Opowieść o kosmicznym frachtowcu, którego załoga zostaje wymordowana przez złowrogiego przybysza z kosmosu zachwyca swą prostotą i wyrafinowaniem jednocześnie.
Jest statek kosmiczny w locie - typowe, popularne w latach 60tych i 70tych hard science fiction. Jest tajemniczy sygnał, który przyciąga ten statek na obcą planetę. Są ślady obcej cywilizacji - rozbity statek kosmiczny. Jest w końcu Żywy Obcy, w najbardziej niesamowity w historii kina sposób dołączający do załogi "Nostromo".
No a potem jest już to, co tygrysy lubią najbardziej,  czyli horror w czystej postaci. Mroczne korytarze "Nostromo", coraz bardziej przerażona a coraz mniej liczna załoga i morderczy przybysz. Rozkosz w stanie czystym.
Tylko...co z tym ma wspólnego Lovecraft, spytać może zabłąkany sceptyk ? Otóż ma.
Prawda, że HPL nie pisał opowiadań hard sf o podróżach kosmicznych, ale tematyka kosmicznego zagrożenia dla ludzkości, to cecha charakterystyczna prozy Mistrza. Całkowita obcość przybysza, jego oczywista wrogość a przede wszystkim fizyczna obrzydliwość wywodzą się wprost od HPL.
Scenarzysta "Aliena" - Dan O'Bannon, wielki fan Lovecrafta, określał swój scenariusz jako "próbę opowiedzenia typowej historii lovecraftowskiej". Wielbicielem Old Genta był również twórca postaci graficznej Aliena - wielki Hans Giger.
"Alien", mimo że tylko inspirowany twórczością HPL, jest (obok "The Thing" z 1982) najdoskonalszym filmem "lovecraftowskim", prawdziwym "a must see" dla każdego.



imdb       8.5
filmweb  7.9 (czasem gust filmowy Polaków mnie rozbija...)
Galfryd   10 !!!!!


*

Pisałem powyżej, ze jeśli powstał film lovecraftowski porównywalny jakością do "Aliena", to jest nim tylko "The Thing" (Rzecz)  z 1982.






Nakręcony pozornie jako remake "The Thing From Another World" z 1951 ( tutaj pisałem m.in. o pierwszym "The Thing") jest absolutnym arcydziełem kosmicznego horroru, jednym z bardziej przerażających filmów, które kiedykolwiek powstały, a przy okazji hołdem dla twórczości Lovecrafta, o czym mówił kolejny wielki fan twórczości Mistrza, reżyser "The Thing" John Carpenter.
Z pierwszego filmu (czyli z opowiadania Campbella czyli z "Gór Szaleństwa" HPL) pozostał motyw stacji arktycznej i odmrożonego Obcego, mordującego polarników i gotowego na zniszczenie całej ludzkości (w tym elemencie "The Thing" to bliski kuzyn "Aliena"). Carpenter porzucił jednak zimnowojenną humanoidalność najeźdźcy z pierwszego filmu (opartego a amerykańską paranoję - czy mój przyjaciel jest jeszcze sobą, czy już potworem z kosmosu vel komunistą) na rzecz Grand Guignolowej, robaczo/gadziej oślizgłości rodem z wizji Lovecrafta. No i całkowicie zmienił zakończenie - na cyniczno/pesymistyczne, godne samego Old Genta.




imdb        8.2
filmweb   7.5 (pisałem już o niemile zaskakujących gustach Polaków ? 7.5 dla TAKIEGO filmu....) 
Galfryd    10 !!!!!



Warto jeszcze wspomnieć film "Lifeforce" (Siła Życiowa) z 1985 roku, będący ekranizacją powieści pt "Space Vampires" jednego z epigonów Lovecrafta, Colina Wilsona, przyciągający uwagę jednak nie tyle lovecraftowskimi monstrami, co dezabilem olśniewającej Mathildy May - głównego "kosmicznego wampira", no i wypróbowana tematyka inwazji z kosmosu.




imdb       6.1
filmweb  5.9
Galfryd    7

                                                                         * 

W tym samym 1985 roku na ekrany wszedł również "Re-Animator" Stuarta Gordona, w końcu bezpośrednia ekranizacja tekstu Lovecrafta. Film szalony, piętrzący (podobnie jak opowiadanie HPL) makabrę i obrzydliwości do stopnia, w którym staja się one wręcz śmieszne. Scenariusz odbiega wprawdzie od "wielkiego" Lovecrafta i zamiast kosmicznej grozy i nieludzkich monstrów mamy pastisz opowieści o Frankensteinie. 


Gwiazdą filmu jest ganiający po ekranie z jarząca się jadowitą zielenią strzykawką Jeffrey Combs jako tytułowy "reanimator", odkrywca tajemniczego "reagentu", który, wstrzyknięty, ożywia zmarłych. Lub ich fragmenty... Akcja pędzi na łeb, na szyję, bez ładu wprawdzie i składu, z Lovecrafta biorąc wszelką obrzydliwość i główny kierunek fabuły, dodając do tego klimat typowy dla filmów video lat 80tych.
Film cieszył się sporym powodzeniem, przynosząc popularność (i pomysł na życie) zarówno Stuartowi Gordonowi jak i Jeffreyowi Combsowi - wkrótce wręcz symbolowi filmu lovecraftowskiego. 
Jeffrey Combs - Re-Animator



Zrealizowano jego aż dwie kontynuacje ""Bride Of Reanimator" i "Beyond Reanimator", rozwijajace pomysły fabularnej części pierwszej, ale niekonieczne do obejrzenia 

imdb       7.3
filmweb  6.7
Galfryd   8
                                                                       *

Rok później Gordon (znowu z Combsem w roli głównej) zrealizował kolejny film  oparty o prozę HPL. Tym razem padło na "From Beyond"  (Z Otchłani 1986). No, to było wyzwanie, co nie lada, bowiem opowiadanie HPL praktycznie pozbawione było fabuły, a opisywało jedynie fascynujący pomysł, jakoby przestrzeń wypełniona była niewidocznymi i nieodczuwalnymi monstrami, które dostrzec można jedynie przy pomocy specjalnego światła - ultrafioletu. Niestety Gordon całkowicie niezgodnie z duchem twórczości Old Genta, przeładował film niesmacznymi scenami seksu i fallicznych, wyrywających się z czaszek bohaterów, szyszynek (odpowiedzialnych za postrzeganie potworów) 



imdb       6.8
filmweb  5.9
Galfryd   7

                                                                        *
Trudno powiedzieć, czy Stuart Gordon pokłócił się z producentem poprzednich filmów, Brianem Yuzną, ten jednakże bez swego reżysera zdecydował się w 1993 roku na realizację antologii lovecraftowskiej pt. "Necronomicon". Film miał konstrukcję nowelową - cześć pierwsza to "Szczury W Murach" , druga "Zimno" a trzecia to "Szepczący W Ciemności", spięte ramową opowieścią, gdzie samego Lovecrafta zagrał...tak jest - Jeffrey Combs. 


Jeffrey Combs - H.P.Lovecraft

Ja osobiście "Necronomicon" całkiem lubię, w opinii ogółu (jak widać po notowaniach imdb i filmwebu) film specjalnego uznania nie zdobył.



imdb       5.7
filmweb  5.6
Galfryd  7



Za to Gordon do Lovecrafta powrócił w 1995 roku filmem "Castle Freak" - luźnej (bo jaka może być inna!) adaptacji "Outsidera" HPL. No właśnie, ciekawy byłem, jak można przenieść na ekran "Outsidera", kolejne z opowiadań afabularnych, gdzie całość treści zbudowana jest na opisie i nastroju - no, plus Wielka Scena Finałowa. ..niestety, okazało się, że nawet jeśli jest możliwe nakręcenie dobrego filmu w oparciu założenie fabularne "Outsidera", to nie potrafi tego zrobić Gordon. Jemu wyszedł (jak zwykle niesmaczny) banał o nawiedzonym zamku, w którym mieszka paskudne a nieszczęśliwe ludzkie monstrum Zaskakują mnie wysokie notowania "Castle Fraka", bo IMO to spora porażka, no ale...



imdb       5.9
filmweb  6.0
Galfryd  4
                                                                    *

W roku 2001 Gordon wziął na warsztat jedno z najsłynniejszych opowiadań HPL - wspaniałe "Widmo Nad Innsmouth". Ślady inspiracji przeupiorną historią o złowrogiej mieścinie opanowanej przez tajemniczy kult można wyśledzić w wielu filmach,  "Dagon" stanowi jednak bezpośrednią (choć naturalnie podrasowaną w kierunku niesmacznego seksu - jak to u Gordona) ekranizację "Widma". Ze względów budżetowych Gordon nakręcił film w Hiszpanii, a role Combsa i Barbary Crampton (uprzednich gwiazd cyklu lovecraftowskiego) dostali mniej znani (i pewnie tańsi) aktorzy, ale całość wyszła naprawdę efektownie i odpowiednio przerażająco.




(film jest do obejrzenia za fri na jutubie)

imdb       6.3
filmweb  6.2
Galfryd  8


Ostatni wkład Gordona w dzieło lovecraftowskie to nakręcona w 2005 roku w ramach telewizyjnego cyklu "Masters Of Horror" godzinna, udana, adaptacja "Snów W Domu Wiedźmy".



Część trzecią i ostatnią wpisu opublikuję jutro, bowiem Blogger zastrajkował i wywalił mi posta w całosci, jako za dużego (!)