Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Let It Rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Let It Rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2015

Zaskakująca śmierć polskiego rocka w polowie lat 80tych

Naszła mnie swego czasu refleksja na temat polskiego rocka, która dojrzewała mi w głowie, aż dojrzała niniejszym wpisem.
W PRL, gdzieś tak do roku 1980 było generalnie pod górkę. Władze niechętnie patrzały na "zachodnią", "kapitalistyczną:" muzykę, z wyzywającym emploi i potencjalnie buntowniczym przesłaniem.
W latach 70tych na dłużej w świadomości fanów rocka zaistniały bluesowo hard rockowy BREAKOUT, progresywny (coraz bardziej...) NIEMEN, hippisowska hard rockowo progresywna BUDKA SUFLERA i, przed wszystkim, wykluty z NIEMENA rewelacyjne jazz rockowo progresywne SBB.
SBB live

Pod koniec lat 70tych powstał ruch o nazwie Muzyka Młodej Generacji (MMG), w ramach którego popularność zaczęły zdobywać nowe formacje - wulc rockowe KOMBI czy MECH,  bluesowy KRZAK, i neoprogowy EXODUS.
Okładka debiutanckiej płyty KOMBI - wulc rock w czystej postaci

Ale tak naprawdę coś pierdolnęło w roku 1980. Naraz pojawiły Megagwiazdy - PERFECT, MAANAM i IZABELA TROJANOWSKA z BUDKĄ SUFLERA. My wszyscy, nastolatki, zwariowaliśmy doszczętnie na punkcie tych kapel. Byłe dla nas równie ważne jak największe gwiazdy z Zachodu.
A wciąż pojawiały się nowe zespoły, każdy z miejsca zdobywający uwielbienie rzesz fanów.
Rok 1981 to LOMBARD, fenomenalne heavy metalowe (w zasadzie hard rockowe) TSA, fenomenalny PORTER BAND i nowofalowa REPUBLIKA, gdzieś nieco dalej inne, mniejsze formacje pokroju np Bank. W roku stanu wojennego doszlusowały jeszcze rockandrollujące LADY PANK i ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY.

TSA - live ok 1983 (byłem na koncercie w katowickim Spodku)
Dodam, ze formacje z MMP też wszystkie aktywnie nagrywały kolejne płyty.
Podsumowując - lata 1980 - 1983 to niespotykany rozkwit polskiego rocka. Tysiące koncertów, setki tysięcy sprzedanych płyt (ile wyszło), miliony fanów.
Ciekawe, czy to przypadek, czy faktycznie chodziło tu o odciągnięcie uwagi młodzieży od politycznych zawirowań ? Czy władza ludowa jakoś nie "wspomagała" karier kolejnych zespołów ?
Z zasady jestem najdalszy od spiskowych teorii, no i za zabawne uznałbym, by ówczesnych rockmanów uznać za "współpracowników reżimu", ale, biorąc pod uwagę, jak nagle i zagadkowo w mniej więcej jednym czasie zerwały się kariery poszczególnych grup, może coś jest na rzeczy ?

Spójrzmy zatem :

KOMBI

po wydaniu 4 albumów :
- Kombi
- Królowie Życia
- Nowy Rozdział
- 4

w roku 1985 rozpoczęło nieudany flirt ze sceną w USA - ich 5 płyta wydana pod koniec lat 80tych nikogo już nie obchodziła,


 


MECH
obie płyty :
- Bluffmania
- Tasmania

wyszły w 1983 roku, potem 4 lata bez nagrania i rozpad w kompletnej ciszy medialnej,





  
KRZAK
wydaje 3 albumy :
- Blues Rock Band Live
- Paczka
- Krzak'i
i po śmierci Ryśka Skibińskiego w 1983 roku rozpada się,






EXODUS -
wydaje tylko dwie płyty :
- The Most Beautiful Day
- Supernova
materiał na ostatnią, pt. Hazard zostaje niewydany - zespół rozpada się w 1983







PERFECT -
najdziwniejsza historia. Po wydaniu 3 hiperpopularnych albumów :
- Perfect
- Live
- Unu
lider kapeli - Zbigniew Hołdys, rozwiązuje ją - w połowie 1983 roku







MAANAM
działa aktywnie tak do 1985 roku - wydając po drodze 4 albumy studyjne :
- Maanam
- O !
- Nocny Patrol
- Final Cut
ok. 1986 roku praktycznie jednak przestaje istnieć





 IZA TROJANOWSKA
Jej kariera runęła po wydaniu dwu albumów, już w 1982.
- Iza
- Układy
Potem nagrała płytę z Nalepą, której jej nie wydano (podobno krytykowała stan wojenny), buce z Solidarności krytykowały ją, że w tymże stanie  wojennym wystąpiła na koncercie w TVP (widziałam ten koncert i byłem zachwycony) - to wzięła dziewczyna i opuściła Polskę...,





 LOMBARD 
no, ci to próbowali, starali się. Do 1985 nagrali aż 5 płyt:
- Śmierć Dyskotece
- Live
- Wolne Od Cła
- Szara Maść
- Anatomia
ale później ich popularność dramatycznie spadła i do końca PRL w zasadzie nic ciekawego się z Lombardem nie działo,



 
TSA
w siodle byli do 1984, wydając po drodze 3 albumy studyjne:
- Live
- TSA
- Heavy Metal Świat
Potem, po spektakularnym odejściu gitarzysty Andrzeja Nowaka i bębniarza Marka Kapłona zespół się zreorganizował, nagrał płytę anglojęzyczną wersję Heavy Metal World wydaną bez sukcesów na Zachodzie i tak, całkowicie bez wyrazu, stoczył się w otchłań nicości, Nawet płyta w 1988 się ukazała, grali rock operę Jesus Christ Superstar, ale to już blade odbicie sławy...


PORTER BAND
dwie płyty :
- Helicopters
- Mobilization
i rozpad w całkowitej ciszy i zapomnieniu







REPUBLIKA
dwie płyty:
- Nowe Sytuacje
- Nieustanne Tango

wielka kłótnia zespołu podczas nagrania trzeciej i rozpad przed 1986







  
LADY PANK
dwie płyty :
- Lady Pank
- Ohyda
pierwsza świetna, druga nędzna , wielka sława, nieudana próba podbicia USA, skandal z pijanym Borysewiczem (obnażył się na koncercie) w maju 1986 - i raptowna utrata popularności





ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY
dwie płyty :
- Oddział Zamknięty
- Reda By Night
 i choroba głosu wokalisty - Krzysztofa Jaryczewskiego, załamująca popularność grupy.








Podsumujmy - w 1985 roku połowa już albo nie istnieje, albo nie ma ciekawego materiału do przedstawienia, rok później prawie żadna kapela już nie gra, a to, co gra, jest tragiczne.
Aż się chce napisać "Przypadek ? Nie sądzę" - aczkolwiek właśnie za przypadkową uważam tę klęskę.
Uwielbienie tłumów, pieniądze, hotele, sława, ale też rozgoryczenie otaczającą rzeczywistością (w porównaniu do dolce vita gwiazd rocka na Zachodzie), utarczki z cenzurą, kłopoty z nagraniem/wydaniem  kolejnego materiału.
Ostatecznie znużenie wspólnym graniem, wóda, obniżenie lotów (kiepskie nowe piosenki) plus  zmieniające się mody i sympatie fanów dołożyły się do obrazu rozpadu i klęski.

Na szczęście dla mnie wiosną 1986 ma miejsce pierwsza "Metalmania"  :




a na niej, Kat, Turbo, Dragon i Vader - i zaczyna się nowe  życie. A  PRLowskim poprockowcom - kij w oko na drogę.

wtorek, 17 marca 2015

Spotify - mon amour

To będzie trochę nietypowy wpis - nie będzie o żadnym skarbie Old Schoolowej popkultury. Będzie o ustrojstwie do tejże pop kultury poznawania. I tak - jak głosi tytuł - wpis będzie pochwałą serwisu streamingowego (a jeszcze bardziej "apki") SPOTIFY.




W jednym zdaniu - Spotify udostępnia via internet dostęp do (prawie) całości wydanej na płytach muzyki na świecie (!!!!), w nieoszałamiającej, oględnie pisząc, technologii - chyba mp3. Czyli muzyka brzmiąca "gorzej" niż z płyt.

Zawsze kochałem muzykę. Zawsze marzyłem, by mieć  zebrane na płytach "wszystko i wszystko", co tylko przyjdzie mi do głowy. Miałem sny, gdzie leżała przede mną sterta "moich" płyt, pełne dyskografie wszystkich fajnych zespołów świata, no, co tylko byłbym w stanie sobie wyobrazić.

Niespecjalnie za to kręciła mnie zawsze jakość odtwarzania. Parę płyt do słuchania na Arturze podpiętym do "amplitunera" Amator - to był max jakości. Regułą były kiepsko brzmiące kasety grane na monofonicznym (!) radiomagnetofoniku. Tak poznałem większość świetnej muzyki.
"Mój" Amator - silberfarbe :-)

Uważam, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy melomanami a audiofilami. I bardzo, brew pozorom, rzadko, obie te pasje łączą się w jednej osobie (choć często i jedni i drudzy udają, że jest inaczej...)

Pokrótce :
Meloman - to miłośnik muzyki. Dla niego muzyka jest w głowie, w sercu, w duszy, a sprzęt grający ma mu tylko "zapodawać" konkretne momenty muzyczne do przeżywania

Audiofil - miłośnik dźwięku. On rozpozna nie tylko nasycenie basów, środków czy sopranów, on "usłyszy" nawet  lepsze (lub gorsze) kable przesyłające dźwięk, najdrobniejsze niuanse nagrania, jakość mikrofonów w studio itp.

Meloman będzie z zachwytem słuchał monofonicznego nagrania, zgranego z wałka woskowego z jakiegoś koncertu Paderewskiego z roku, powiedzmy, 1912
Audiofil wybierze absolwent tokijskiego konserwatorium, byle studio nagraniowe było w najwyższej jakości, a każde uderzenie w klawisz fortepianu miało czystość górskiego kryształu.

No - i ja jestem, zdecydowanie, melomanem. 

Całe życie zbieram muzykę, wróć, zbierałem muzykę. Najpierw, oczywiście, winyle różnej proweniencji (polski rock, inny soc rock, nieco PRLowskiego popu od Rodziców, rzadkie, pojedyncze winyle Zachodnie), później dorobiłem się samorobionej kolekcji kaset z ekstremalnym metalem. Wolna Polska zaowocowała najpierw masami takich pirackich kaset - to wtedy kupowałem na kilogramy, uzupełniając dyskografie różnych formacji - potem zaś wolnym, szeroko dostępnym rynkiem muzycznym.
No i kilkanaście lat zbierania - najpierw kaset magnetofonowych, a potem CDków zaowocowało monstrualną kolekcją, podchodzącą od 1000 płyt.

Dżizzz, tym nawet się za bardzo zarządzać nie dało ! Co będę dziś słuchał ? Gdzie są płyty, które akurat teraz mnie zainteresowały ? A z tej płyty to mnie 2 i 5 kawałek ciekawi, a z kolejnej 4... Ułożyć sobie playlistę przenośną ? No to płyta po płycie do kompa i zgrywam z CD w format wma (najłatwiejszy, windowsowy)....

Jak słuchać takiej kolekcji ?

Zainspirowany wpisem kumpla (thx Czachór) zainwestowałem relatywnie niemałe pieniądze w przyzwoity odtwarzacz NAD (new audio dimension), fajny wzmacniacz słuchawkowy i bombowe słuchawki AKG za jakieś absurdalne, z mojego punktu widzenia, pieniądze. No i co ? No i ch.. to znaczy pstro. Puszczam płytę za płytą, ale żadnych nadzwyczajnych wzruszeń nie zaznałem. 
moje "oliwkowe" i "referencyjne AKG - podpięte do tableta chodzą jak burza :-P

Owszem, świetne słuchawki wyraźnie dodają przestrzeni muzyce - ma się wrażenie, ze kapela gra w dużym salonie, między muzykami jest sporo miejsca i dźwięk poszczególnych instrumentów łączy się wobec uszu słuchacza. Do tej pory proces łączenia był jakby na wcześniejszym etapie odtwarzania - w rezultacie dźwięk w słuchawkach był trochę jak pasztet - gotowy i zmieszany.
No, ale żeby to jakaś przepaść w świadomości była, nie powiem. Po dwu tygodniach nowe, piekielnie drogie, zabawki, się mi znudziły. I wszystko w kąt...

Aż nagle odkryłem SPOTIFY. Żeby nie było, jakiś czas temu kumpel mi sygnalizował "striming" z sieci różnych piosenek. No ale właśnie -  w ówczesnym Spotify były piosenki, kiedy ja chcę albumy,  były nowości, a ja chciałem głównie klasykę (OLD SCHOOL !), no i była jakość mp3, kiedy ja wolałem (podobno) wypas z oryginalnego CD. Parę lat zatem jeszcze się zakonserwowałem.

Dopiero przełom 2014/2015 był dla mnie Nowym Rozdziałem. Otwarłem się na Spotify i... wsiąkłem. No, dla melomana do jest niesłychana jazda bez trzymanki - to jest spełnienie odwiecznego snu o fanowskiej wszech-mocy. Wszystko (no, prawie wszystko...) natychmiast dostępne (byle tylko był net, oczywiście), każdy zespół, każda piosenka, z kiedykolwiek.
Dla typa takiego jak ja to poczucie wręcz nieograniczonej sswobody. Oto czytam przewodnik po death metalu "Wybierając Śmierć" - i, kiedy autor pisze o zespole, ja go sobie natychmiast zapuszczam ! To samo ze świetną pozycją"Black Metal". 
Ale to mało ! Przerzucam wspomnienia Billa Wymana (bas z Rolling Stones), co było popularne w Anglii lat 50tych i...puszczam sobie tamtejsze balladki radiowe !
Muzyka klasyczna ? A proszę bardzo - do wyboru do koloru ! Przewodnik płytowy wskazujący najlepsze w historii wykonania arcydzieł muzyki światowej ? Voila - mogę sobie, płyta po płycie odpalać na Spotifajku. (Wprawdzie akurat klasyczna muza jest na tyle bogata w niuanse brzmieniowe, że szkoda ją via mp3 odpalać, więc to tak tylko sygnalizuję, ze praktycznie wszytko jest i czeka na słuchaczy.

Nowości wydawnicze ? Co słychać u klasycznych kapel, których losy jakoś się przestało ostatnio śledzić ? Nic prostszego - klikasz na, powiedzmy, Voivoda, czy Flotsam & Jestam i już możesz jechać z najnowszą ich muzą. Bajka !

No a  minimalistyczna swoboda i domowy porządek, kiedy wywali się na strych setki walających się wszędzie, wypadających z szaf i poukładanych w stosy kompaktów - nieocenione !
Owszem - nie ma to tamto - Podstawowe Dyskografie Podstawowych Zespołów zachowałem w jednej, zawierającej ok 300 CDków szafce. I nowe wydawnictwa Wiodących Zespołów, jakby się akurat miały pojawić - to kupię w sklepie - tak mam jako fan wobec ulubionych kapel. Ale te setki płyt "a może choć trochę ciekawych" - raus aus Haus (fajnie się mi napisało :-)) i tylko via tablecik puszczam.

Żeby nie było przeróżowo - Spotify jest do ukochania tylko w wersji "premium", gdzie mamy brak reklam, możliwość tworzenia dowolnych kolekcji, playlist, puszczanie płyt w kolejności oryginalnej. Ale tez abonament Spotify to raptem 20 złociszy miesięcznie ! Noż kur.... chwila fascynacji black metalem po lekturze przewodnika kosztowała mnie grube setki złotych za stopniowo spływające do mnie płyty, już pomijając fakt, że w momencie, jak wkładałem do swego wypasionego sprzętu płytę, zainteresowanie nią, wywołane lektura mocno się ulotniło. No i pomijając groteskowość używania sprzętu hi fi do puszczania "true black metal" z definicji nagrywanego i brzmiącego maksymalnie brzydko.
Tylko wersja Premium daje niezbędną wręcz funkcjonalność odsłuchiwania Spotify "offline". Jak inaczej podpiąć komórę w samochodzie do systemu grania ? Ciągnąc muzę na komórkę ? Czyste bankructwo.
Zestaw ok 500 (!!! sic - mówiłem że Spotify jest dla "głodnych muzyki") przebojów "samochodowych" waży mi ok 6 GB miejsca na tablecie. Mnóstwo, ale mogę jechać nawet do Władywostoku (no, Dubrownika) pewien, że dobrej muzyki mi nie zbraknie.


Ma SPOTIFY i inne minusy.

Przede wszystkim - no, niby ta jakość. Niby można wybrać 3 opcje jakości odtwarzania (normalna, wysoka, super), ale ja żadnych różnic nie słyszę. Żadna z nich dźwięku CD raczej nie jest w stanie odtworzyć. Ma to czasami nawet i zalety, bowiem inne pasma dźwiękowe mp3ek wydobywają z od lat znanych kawałków nowe, nieznane dotychczas smaczki. A to jakiś klawisz w tle coś cicho zwodzi, a to gitarowe zagrywki się spod huku kapeli wyłoniły, no, ale generalnie jest dźwiękowo biedniej. Nawet, jak się nośnik ze Spotifajkiem podepnie do przyzwoitego nagłośnienia (ja mam w tablet wpięte moje "referencyjne" słuchawki AKG  - ktoś wie, co wogle oznacza że one są "referencyjne" ?), to jakiegoś szału wielkiego nie ma.

Zweitens - zaskakujące czasami braki w zasobach. No to jak to - "całość muzyki światowej" bez..... The Beatles ? (serio !), bez AC/DC (!!!) , King Crimson (!!!). Czasami dyskografie zespołów nie zawierają starszych pozycji. No i np "Bonded By Blood" Exodusa niet. I pierwszych Destructionów też niet. I "Pleasure To Kill" Kreatora nie ma. No, jak żyć Panie Premierze, chce się zawołać w takim momencie. Ale wtedy patrzy człowiek na setki tysięcy pozostałych płyt, na dziesiątki tysięcy tych płyt, które go interesują i myśli sobie...no to macie bitlesi, pecha... Zresztą Spotify nadrabia straty jak burza. Np. na przełomie roku Bathory był szczątkowo reprezentowany, teraz jest cała dyskografia.

Letztens - Spotify nie zaspokaja apetytów takich muzykożerców jak, np, ja. podobnież "tylko" 10.000 numerów można zapisać jako "swoje. To tak ok. 1000 płyt. A mnie z 5 razy więcej interesuje ! W rezultacie, jak tworzyłem swą kolekcję, najpierw odtworzyłem swój stan płytowy, potem zacząłem dopisywać kolejne ciekawe płyty i...zaraz się Spotifaj zatkał. Tj. jeszcze gorzej, zaznaczasz, że -płyta jest "saved", ona niby pojawia się na liście Twych płyt, a za chwilę sama z siebie zanika. Najpierw się zgotowałem, no bo jak mam spamiętać te tysiące rzeczy, które mnie, potencjalnie, mogą kiedyś zaciekawić ? Tylko "kupując" (zapisując) płytę ! A tu pasztet !


Ale jest metoda :-). Kolekcja moich płyt to taki żelazny niezbędnik - Stonesi, Kiss, klasyka metalu i thrash/black/deathu, polski soc-rock. Inne Potencjalnie Ciekawe Płyty są reprezentowane przez pojedyncze kawałki, które na tematyczne playlisty powrzucałem (black, detah, dojczmetal, ruski folk metal itp). Jak sobie chce wybrać płytę, to puszczam "losowo" playlistę, i Spotify wybiera dla mnie płytę, którą sobie zapuszczę. Do tego jeszcze ze dwie "samochodowe" playlisty megaprzebojów (tak a la radio Złote Przeboje) dla całych rodzin do grania i szafa gra.


Podsumowując Spotify :
+ cała (no, prawie...) muzyka świata pod jednym klikiem palca
+ dziesiątki własnych playlist, układanych (jednym klikiem !) według własnego gustu,
+ szuflowanie pomiędzy płytami, kapelami bez konieczności nawet ruszenia d... do odtwarzacza
+ radykalne (w moim wypadku kilka stów miesięcznie) oszczędności na niekupionych płytach
+ radykalne (przy moich ilościach płytowych) oszczędności w przestrzeni życiowej (1000 płyt to prawie cały jeden pokój zajmuje),
+superłatwe zarządzanie "swoją" muzyką

- jakość mp3
- braki w ofercie (ale poważnie - bez bitlesów ???, no bez jaj...),
- ograniczenie (i to bez żadnego uprzedzenia aplikacji !) w możliwości gromadzenia "własnej" muzyki.

Nic, tylko "grać, grać, GRAĆ !!!"

PS.
Zestaw tegotygodniowy via SPOTIFY :

1. ETERNAL LORD   Blessed Be This Nightmare
2. EISBRECHER         Eisbrecher
3. SVARGA                Jaw Wozdymajet
4. CANDLEMASS     Nightfall
5. VOIVOD                Target Earth
6. BOLT THROWER War Master
7. WATAIN                Wild Hunt
mniam, mniam...

wtorek, 10 lutego 2015

Black Sabbath - Dio years

Wraz z końcem lat  70 kończyła się kariera muzyczna Black Sabbath. I to kończyła się brzydko. Końcowe albumy z Ozzym - „Technical  Ecstasy” i „Never Say Die” są fatalne, najgorsze w całej dyskografii zespołu. Nieudane ukłony w kierunku a to pop, a to prog rocka (w końcówce lat 70tych!), nędzne melodie, jakieś dęciaki (sic!)...liche, blade i bez smaku – jakby z jednej torebki herbaty ekspresowej zrobić cały dzbanek naparu.Tak naprawdę to wstyd muzykę zawartą na tych przykrych płytach nazywać heavy metalem. 
I nie ma co zwalać na Ozika – to nie on odpowiadał za jakość muzy Sabbathów. To ślepa uliczka, w którą zabrnął wówczas Tony Iommi.
I całkiem możliwe, że kariera Black Sabbath by dobiegła wtedy końca, gdyby nie Ronnie James Dio.
Ronnie James Dio w epoce "Heaven And Hell"

Dio właśnie zakończył współpracę z Ritchie Blackmorem i jego Rainbow i szukał nowych wyzwań. Zastąpić Osbourne’a w Black Sabbath, no, to faktycznie było wyzwanie ! Efekty okazały się spektakularne i do tego potężniejące z upływem czasu. To bardzo rzadka sprawa, by zastępując postać tak popularną, jaką był Ozzy, wręcz symbol grupy, osiągnąć coś wartościowego, coś nowego. Dio swymi płytami z Black Sabbath zapisał się złotymi zgłoskami w historii rocka.


Dołączenie Dio do Sabbathów dało grupie nowy impuls, radykalnie ją odmieniło, odświeżyło muzykę, przygotowało na udane „starcie” z NWOBHM. Sabbath unowocześnili brzmienie, odzyskali siłę, ciężar i metalową, że tak to ujmę, wiarygodność.
Trudno ocenić, ile w tym udziału samego Ronniego. Niby z jednej strony to nie on był głównym kompozytorem – muzyka nadal leżała w kompetencjach głównie Iommiego, z drugiej jednak strony trzeba zauważyć, że „nowy” Sabbath bardziej przypominał Rainbow z epoki Dio niż samych siebie z czasów „Never Say Die”. Więcej, kiedy Dio odszedł na  swoje i kontynuował granie pod własnym szyldem, to on, dużo bardziej niż kapela Iommiego, brzmiał jak Sabs epoki "Mob Rules" !
W mojej ocenie Ronnie James Dio odkąd porzucił pitulenie w Elfie i dołączył do Rainbow, cały czas grał „swoją” muzykę. A to, że był w stanie do tej muzyki nakłonić takie postaci jak Blackmore czy Iommi, no, to tylko świadczy o jego wielkości.

Obie nagrane z Ronniem płyty Sabsów – „Heaven And Hell” i „Mob Rules” to pozycje klasyczne, jak już napisałem, z upływem czasu coraz bardziej kanoniczne i epokowe w historii metalu. 
Popularne, chętnie słuchane i kupowane były od razu, ale na początku pokutowało jeszcze to powiedzenie „Sabaci to tylko z Ozim”. Ale w muzykę wchodziło nowe pokolenie wielbicieli ostrego rocka, dla którego brzmienie Sabbath z Dio było czymś naturalnym. Dla mnie Sabaci zaczęli się od „Turn On The Night” i „Voodoo” słuchanego w „Trójce”. A potem do tego doszły „Mob Rules” i genialny, epicki „Sign Of The Southern Cross” z powalającym swym ciężarem riffem.Przy „Over And Over” tańczyłem na dyskotece (tak ! 30 lat temu na dyskotekach grali Black Sabbath !) ze swą pierwszą dziewczyną, no a jak przyszło mi usłyszeć „Falling From The Edge Of The World”…to kolana się pode mną ugięły z zachwytu. Najpierw delikatnie, potem niewiarygodny ciężar smolistego riffu, a potem dziki gon głównej części. Jeden z najwspanialszych, zapoznanych a tak naprawdę nigdy niedocenionych kawałków w historii heavy metalu. I to wszystko na wspaniałym „Mob Rules” !

A rok wcześniejszy ‘Heaven And Hell” ? Równie wielki. Szybkie, elektryzujące „Neon Knights” i obłędny „Die Young”, mocarne i ciężkie „Children Of The Sea”czy tytułowy „Heaven And Hell” od dekad rozjaśniają historię Sabbathów i całego metalu.

Współpraca Ronniego i Black Sabbath zakończyła się szybko, ale wspaniale – nagraniem dwupłytowego „Live Evil”, pierwszego z prawdziwego zdarzenia koncertu Sabbathów, gdzie z równą swoboda zespół zagrał nowe hity jak i Osbournowe klasyki, po nowego zinterpretowane przez Dio.
Zaraz potem Dio „poszedł na swoje”, a o jego debiutanckiej płycie „Holy Diver” (kolejny megaklasyk w historii metalu) przez pewien czas mówiło się jak o nowej płycie …Sabbathów.
Ścieżki Panów przecięły się po dekadzie. Kariera Black Sabbath leżała w zasadzie w gruzach po serii boleśnie przeciętnych hard rockowych płyt nagranych z Tonym Martinem na wokalu, Ronnie też zabrnął w ślepy zaułek, najpierw praktycznie rozwiązując swój zespół, a potem nagrywając z dość przypadkowymi muzykami ciężką jak Sabbath, ale zaskakująco nudną „Lock Up The Wolves”.
„Nowa” płyta Black Sabbath” Mk 2 – „Dehumanizer” nie spotkała się z nadzwyczajnym przyjęciem – tez jej zarzucano, że nieciekawa, nie inspirująca, że monotonnie powtarzająca znane panom patenty…no nie wiem. Tj. wiem, bo mnie się ona od zawsze szalenie podoba. Jest na niej to wszystko, co ukochałem w mariażu Iommiego, Butlera, Appica i Dio – szczery, prawdziwy, piekielnie ciężki heavy metal rock. „Buried Alive”, „I”, „Sins Of The Fathers” to rewelacyjne kawałki.

Drugie połączenie rozpadło się z wielkim hukiem, kiedy okazało się, że Iommi i Butler na boku romansują z odnoszącym nieustające sukcesy solowe Ozzym nad jakimś “reunionem” klasycznego line upu. Dio potraktował to jako zdradę, natychmiast z awanturą opuścił zespół i w gniewie nagrał dwie, radykalnie ciężkie i „nowoczesne” płyty solowe – „Strange Highways” i „Angry Machines”. Dopiero po tych albumach złość mu przeszła i wrócił do swojego klasycznego grania.(nb -  z reunionu Sabbathów  wtedy nic nie wyszło...)
Do trzech jednak razy sztuka – i po kolejnych bodaj 15 latach Ronnie i Sabsi spotkali się jeszcze raz. Miało to miejsce już po, w końcu dokonanym połączeniu sił Ozziego i Sabbath (i koncertowym tego efekcie – double livie „Reunion”...), zatem, by wciąż nie mieszać fanom w głowach, nadto w uznaniu klasycznego statusu, jaki przez dekady nabrało ich wspólne granie, przyjęli nazwę pierwszej wspólnie wydanej płyty – „Heaven And Hell”. Kapela ruszyła w znakomitą trasę koncertową po świecie, nagrała z tej trasy koncertowe DVD, double liva oczywiście a na koniec nową (jak się okazało, pożegnalną…) płytę „The Devil You Know”.

Jej odbiór był podobny do „Dehumanizera”. Recenzje raczej chłodne, zarzuty nudzenia, braku ciekawych pomysłów, wtórności. Osobiście jeszcze raz się nie zgadzam. Płyta jest wspaniała – typowa dla H&H, wypełniona ciężkimi riffami, wspaniałymi melodiami i niezmiennie zachwycającym głosem Dio.
Może by się Panowie jeszcze raz zeszli, niestety, z początkiem 2010 roku Ronnie James Dio zmarł, pozostawiając w żalu swych fanów i ostatecznie kończąc historię zespołu, który, najpierw będąc Black Sabbathem, ostatecznie nazwał się „Heaven And Hell”.



środa, 4 lutego 2015

Budka Suflera i kobiety


Budka Suflera po rozstaniu z Cugowskim została nieco na lodzie. Z jednej strony zabrakło charyzmatycznego wokalisty o niezwykłej barwie i ogromnych możliwościach wokalnych, z drugiej jednak, i to może jeszcze ważniejsze, coś w chłopakach pękło. Ich awangardowe poszukiwania, śmiałe próby łączenia hard rocka z rockiem progresywnym niby przyniosły im zasłużoną popularność, ale, zdaje się, nie tyle pieniędzy i uznania, ile by (a zwłaszcza Romuald Lipko) chcieli.
Nadto Lipko musiał zaobserwować u siebie ogromną łatwość komponowania chwytliwych melodii, zgrabnych piosenek. Pewnie, nijak się ta umiejętność miała do ambicji „wczesnej” Budki, no ale jak już nie było w grupie rockowego „Cuga” to może by złagodzić ?
Zespół zaczął szukać nowego wokalisty. Podobno próbował z nimi Stanisław Węglorz – obdarzony głosem niewielkim a nadto strasznie delikatnym. Jakoś się nie sprawdził, zatem kolejny był Romuald Czystaw (coś na Lubelszczyźnie popularne imię było ten Romuald…). Też nie jakiś mocarz wokalny, tez o niewielkiej skali czy sile śpiewu, ale na tyle charakterystyczny, że przypasował do „nowej” Budki. W sumie nagrali razem 3 płyty (Budka Suflera do pierwszej – „Na Brzegu Światła” się nie bardzo chce przyznać, w sumie słusznie, ale OldSchoolowo przyjdzie czas na nią na blogu :-)), niemniej wciąż w Lipce był ogrom „wolnych mocy przerobowych” i potrzeba pieniędzy i sławy.
I wtedy ktoś wpadł na genialny pomysł – Budka może akompaniować solowym wokalistkom popowym ! Lipko będzie komponował, grupa grała, laska śpiewała, a radio grało na okrągło.
Na pierwszy ogien poszła wielka gwiazda – bardzo popularna Anna Jantar. Z dorobkiem, z własnymi przebojami, z mężem kompozytorem, tak, że było to dla Lipki spore wyzwanie.


Poradził sobie świetnie –  i napisał dla Jantarki megahit „Nic Nie Może Przecież Wiecznie Trwać”


Dobre, naprawdę! Szybkie tempo, molowy, dość dramatyczny nastrój, doskonale napędzające muzykę syntezatorowe (chyba) smyki – to był duży przebój, w pół drogi pomiędzy melodyjnością popu a drapieżnością rocka. I bardzo mi się już wtedy spodobał, podoba zresztą do dziś.
Obiecującą współpracę z Anną Jantar zakończyła katastrofa na Okęciu, w której piosenkarka zginęła. Ale pomysł w Lipce nie wygasł.

W 1980 przecięły się drogi Budki i młodej, startującej do sławy, śpiewającej aktorki – Izabelli Schutz (za chwilę Trojanowskiej). No i się zaczęło ! :


Trojanowska w Opolu to było Zjawisko. Ubrana w męski garnitur, lodowato piękna, z charakterystyczną fryzurą w „pazurki” i niskim, tajemniczym głosem, a do tego naprawdę świetne kompozycje Lipki. W Polsce nastała (i mnie tez dopadła) Izomania. Hit za hitem, jeden lepszy od drugiego. Połączenie świetnych melodii, rockowej ekspresji i drapieżnego image’u Trojanowskiej uczyniło z niej zjawisko – i jedną i ikon Złotego Okresu polskiego rocka.
Z zabawnych wspomnień, widząc „teledysk” do piosenki „Tydzień Łez”, w którym z policzka Izy płynie okrutnie sztuczna glicerynowa łza byłem przekonany, że ona naprawdę płacze :-).

Ale pal sześć ten „Tydzień”, płytę, którą wkrótce Trojanowska i Budka wydali („Iza”) zdominowały utwory szybkie i dynamiczne (chociaż poniżej zamieszczone "Sobie Na Złość" jest plagiatem z "Call Me" zespołu Blondie - trochę wstyd dla Lipki...)

Nawet potencjalna ballada, „Jestem Twoim Grzechem”, była mroczna i ponura, żadnych przesłodzeń i delikatności.
Współpraca nie trwała długo, Trojanowska poszła swoją drogą (kiedyś parę słów napiszę) a Budka, rozstawszy się się na dodatek z Czystawem, który wyjechał do USA, zaczęła wyglądać nowej dziewczyny.
I tak, w roku bodajże ’82 pojawiła się na scenie Urszula Kasprzak, a dokładniej - URSZULA.

Efektowna, bardzo ładna, ostrym,  jeszcze drapieżniejszym niż Trojanowska imagem nadrabiająca braki wokalne (głosik to Urszula miała zawsze cieniutki.).
Początek był bardziej niż obiecujący - przypominający trochę epokę Trojanowskiej puszczoną przez filtr new wave, ostry, przebojowy kawałek : "Fatamorgana 82",


Potem przyszły kolejne świetne utwory : "Bogowie I Demony", "Totalna Hipnoza",  czy wolniejszy, ale pełen napięcia "Luz Blues...". Niestety, (dla mojej nastoletniej, spragnionej ostrego rocka, percepcji) w kolejnym etapie pojawiła się katastrofa - "Latawce, Dmuchawce, Wiatr". Wiem - MEGAHIT., GIGAPRZEBÓJ, gdyby nie komuna to już wtedy Lipko by wyżenił te miliony, co to je dopiero na "Takim Tangu" zarobił, ale dla rockmana (rockfana) to jest niesłuchalny, wysłodzony  syf. Dżizzzzz, nie wiem, co gorsze, wulcowska melodyjka czy koszmarny tekst.
Sytuacji nie poprawiły produkowane seryjnie niepoważne banały w rodzaju "Michelle Ma Belle", "Polka Idolka", "Rodezja Finezja" itd.
Drugą płytę promowała kolejna słit focia - "Malinowy Król" (nota bene, ponownie balansujący na granicy plagiatu, tym razem z Mike Oldfielda)
W sumie Budka z Urszulą wydali aże trzy płyty, pierwszą wydając jeszcze w trakcie trwania Złotego Wieku Polskiego Rocka, kolejne w kryzysie artystycznym połowy lat 80tych - ja już ich jednak nie słuchałem, więc i uwagi tutaj poświęcać nie będę.

Powrót do Budki Cugowskiego w 1983 i tak zmienił układ sił, granie z Urszulą stało się od tego chwili side projectem zespołu i straciło na artystycznym znaczeniu.

środa, 28 stycznia 2015

Dwupłytowe hard rockowe albumy koncertowe

Rzeczą charakterystyczną dla OLD SCHOOLOWEGO hard rocka lat 70-tych były dwupłytowe albumy koncertowe.
Dziś gatunek ten - album koncertowy, jest w totalnym zaniku - zastąpiony płyta DVD z obrazem i dźwiękiem 5.1.
Ale tan naprawdę album koncertowy podupadł już w latach 80tych - w momencie, kiedy jedyne, co mieli do zaoferowania wykonawcy podczas koncertu, to jak najwierniejsze odtworzenie wersji z płyty studyjnej.
Koncertowe albumy hardrockowe lat 70tych to płyty jak najbardziej autonomiczne, gdzie liczył się wybór poszczególnych kawałków oraz ich wykonanie.
I tak,
- kapele z zasady na koncerty wybierały najostrzejsze numery,
- które były grane znacznie ostrzej, niż w wersjach studyjnych i
- były często gęsto okraszane zmianami aranżacji, solówkami instrumentalnymi itp.
Jakoś kapele prog rockowe nie zagustowały w double livach - prog rock z założenia nie był nastawiony na koncertowe zaostrzanie brzmienia czy wybór co bardziej hitowych kawałków.
W gatunku spróbowali również swych sił Stonesi swym Love You Live - ale, jak na Stonesów, to dość kiepska płyta. Zdecydowanie bardziej polecam pojedynczy "Get Yer Ya Ya's Out" z 1970 roku.

Chwilę się zastanowiwszy ułożyłem w myślach Top 10 tychże albumów, który to  wygląda następująco :

1. DEEP PURPLE Made In Japan

2. URIAH HEEP Heep Live

3. LED ZEPPELIN The Song Remains The Same

4. KISS Alive

5. RAINBOW On Stage

6. WHITESNAKE Live...In The Heart Of The City

Absolutny klasyk. Genialne połaczenie purplowskiego hard rocka z ciężkim blues rockiem spod znaku FREE. Zresztą Coverdale na tym etapie swej kariery nasladował styl wokalny Rodgersa na potęgę (później David postanowi śpiewać "pod" Planta, na czym Whitesnake i sam Coverdale zarobią w latach 80tych miliony). "Live...In The Heart Of The City" to znakomite, hard rockowe misterium, ze wspólnym śpiewaniem, z genialnym bluesowym solo Micky Moodyego w "Lovehunter", z zestawem zabójczych, ostrycja jak brzytwa killerów ("Take Me With You" czy "Sweet Talker" rządzą) :
Obłędna sekcja rytmiczna, (wszechobecny bas Neila Murraya), kapitalny Jon Lord, któremu powierzono zupełnie inną rolę niż w Purplach - tam był drugim instrumentem solowym, tutaj jego zadanie to przede wszytskim "ogarnianie" całej muzyki, dobry background, a tylko co jakiś czas ma miejsce na grę solo (mniej też jest Hammonda, więcej fortepianu i syntezatorów).
Gitarzyści.... napisać, że "stylowi" to nic nie napisać. Ich gra to definicja "czucia bluesa", zaś technika slide Mickiego Moody...smakowitości.
No i Coverdale jako arcykapłan tego misterium, w megaformie.

7. AEROSMITH Live...Bootleg

Wahałem się nieco, przyznaję, czy AEROSMITH powinien znaleźć się w tej "złotej dziesiątce", czy też raczej umieścić w tym miejscu RUSH z jego "All The World's On Stage", ale po krótkiej bitwie z samym sobą postawiłem na AERO. Bo "Dream On", bo "Mama Kin", bo w końcu obłędna koncertowa wersja "Train Kept A Rollin". Zasłuchiwałem sie "Live...Bootleg" do obłędu, bardziej niż intelektualnym RUSHEM, stąd końcowy wybór, choć kanadyjczyków też opiszę w suplemencie.
A co do AERO..."Live Bootleg" to godny kontynuator KISSowskiego "Alive". Znakomity wybór utworów (może poza okropnym "Mother Popcorn"), megastylowe, bluesujące gitary Brada Whitforda i Joe Perrego, osobowość sceniczna i charakterystyczny ochrypły wrzask Stevena Tylera (jeszcze megasexy amerykańską wersję Micka Jaggera a nie, tak jak teraz, karykaturę starej indianki, znaną głównie z tego, ze jest ojcem Liv Tyler) - tego się słucha !
Muzyka Aero to tacy trochę ostrzejsi, potraktowani Zeppelinem, Stonesi (ciekawe, że tak samo można opisać AC/DC, a napisać, że AERO jest podobne do Ejsi to jednak mocna przesada...). Muzyka mocno podparta bluesem i żywiołowym rockandrollem, gitarzyści nie na miarę europejskich demigodów pokroju Blackmore'a, Page'a, Rotha czy Schenkera, ale ultramiodni, ze świetnym wyczuciem i feelingiem. Każdy fan ostrego, dionizyjskiego rockandrolla będzie "Live...Bootleg" zachwycony.
Highlight koncertu - "Train Kept A Rollin'" oczywiście. Cover coveru (The Burnettes - The Yardbirds - Aerosmith), ale rwie buty z nóg ! Choć "Rats In The Cellar" też wymiata :



8. UFO Strangers In The Night

Absolutna miazga. Od pierwszej do ostatniej minuty koncertu trwa bezlitosne łojenie. UFO odcedzili ze swych studyjnych płyt cały szlam, jakieś piosełki, balladki, bluesy, "złagodzenia" i nastawili się na jednolity łomot.
To jedna z najlepszych rockowych płyt koncertowych wszechczasów - no i mokry sen gitarzystów metalowych, bowiem to, co na płycie wyprawia Michael Schenker, to tego się nie da opisać, to trzeba słuchać i słuchać.
Charakterystyczne jest również  granie drugiego instrumentalisty - bodajże się Paul Raymond nazywa i jego wsparcie dla szarż Schenkera. Po pierwsze gościu w miare potrzeb gra bądź to na wiośle, bądź na klawiszach. W najcięższych, najmocniejszych momentach daje ścianę riffową razem z Schenkerem, w innych efektownie ubogaca brzmienie keyboardami - co ciekawe prawie wcale nie używa "kanonicznego" dla hard rocka Hammonda - głównie wykorzystuje elektryczny fortepian Fendera, a także syntezator.

Album wyznacza szczytowy punt w karierze UFO, zaraz po trasie, podczas której nagrano "Strangers" Schenker opuścił zespół, co było znakiem końca kreatywnych osiągnięć UFO.
Siłą rozpędu zespół nagrał jeszcze parę przeciętnych płyciszcz, by rozpaść się po wizycie w stanowojennej Polsce AD bodajże '83.
Późniejsze reaktywacje to już cyniczny skok na kasę, niewart uwagi i straty czasu.
Co ciekawe, sam Schenker ze swą nową grupą MSG (Michaer Schenker Group - egotico bombastico...) też nic nadzwyczajnego nie osiągnął. No, ale "Strangers" pozostali wciąż wspaniałą płytą i cieszą uszy metalowych Old Schoolowców.
High light koncertu - "Doctor, Doctor" (mrrrau !) :


9. THIN LIZZY Live And Dangerous


Lizzy zastosowali opisaną przeze mnie, sprawdzoną metodę. Wyselekcjonowali swe najostrzejsze wałki i zagrali je, jeszcze ostrzej i jeszcze żywiej, niż na płytach studyjnych.
Wprawdzie w naparzaniu nie byli tak monotematyczni, jak UFO, w trakcie koncertu znalazło się miejsce na trochę popierdółek w rodzaju "Southbound" czy syfiastego, zapaskudzonego wulcowskim saksofonem (sic!) "Dancing In The Moonlight", no ale dominuje piekielnie ostry hard rock. Album napędza się z numeru na numer, ostatnie sześć numerów to Absulutnie Kultowa Rzeźnia.
"Live And Dangerous" charakteryzuje genialna współpraca gitarzystów. Odmiennie od UFO, gdzie cały splendor zagarnął Michael Schenker, w "Lizzy" na równi współpracują i współbłyszczą Scott Gorham i Brian Robertson.
Ich wspólne granie jest genialne - podprawione mocno bluesem, supermelodyczne i drapieżne jednocześnie, wprost zapowiada gitarowe brzmienie Iron Maiden ("Suicide", "Sha La La La".)
Do tego bulgoczacy bas Phila Lynotta, no i nieco zapoznany, a bardzo Old Schoolowo ceniony artysta za bębnami - Brian Downey.
Jego drum solo w "Sha La La La" to klasyk.
Highlight koncertu - "Sha la la la"

10.SCORPIONS Tokyo Tapes

Swoistym pendant dla gatunku są dwa albumy brytyjskie z początku lat 80-tych, a mianowicie :

11.BLACK SABBATH Live Evil

oraz
12. VENOM Eine Kleine Nachtmusik

a wschodnioeuropejskim reprezentantem gatunku bedzie NRDowski

13.PUHDYS Live

niedziela, 25 stycznia 2015

Stress - zespół jednego riffu

W moje ręce wpadło ostatnio Old Schoolowe rarity - zbiór radiowych nagrań polskiej grupy hard rockowej STRESS, popularnej w pierwszej połowie lat 70-tych.


Napalałem się od pewnego czasu na ten STRESS, no bo hard rocka w PRL było jak na lekarstwo, a jedyny znany mi kawałek STRESSU, hit roku 1972 pt "Ciężką Drogą" rozpalał me  nadzieje na coś nadzwyczajnego.
Aliści wyszła z tego wielka qpa, pisząc nieoględnie.
Naczytałem się, jak to władzy ludowej ciężkie granie było nie w smak, i dlatego zatrzymana została obiecująca kariera STRESSu. Ciotka Wikipedia jak zwykle na pierwszej linii pisania takich bzdutów, choć zdaje się, że i Kamil Sipowicz w swych liner notkach do antologii polskiego rocka hippisowskiego coś takiego pisał.
OK, niechże zostanę zatem PRLowskim zupakiem na miarę sekretarza powiatowego PZPR Stanisława Anioła, ale u mnie Stress też by żadnej kariery nie zrobił, a konkretnie to płyty z materiałem, który miałem nieprzyjemność wysłuchać, bym nie wydał.
W cziom dieło ? Ano, po prostu Stress nie potrafił komponować ! Ich utwory są, jeden w drugi, niewydarzone, niedorobione, jakieś takie koślawe. Po dwu przesłuchaniach materiału upieram się, że cała jakość Stressu to to (nie)szczęsne "Cieżką Drogą" :



Fajny, rozkołysany riff, takie cięższe Canned Heat, w środku mnóstwo bałaganu, ale jakoś się broni w całości.
Niestety, jak mawiał prof Stanisławski "i to by było na tyle"
Złośliwie napisałem, że STRESS jest zespołem tego jednego, jedynego udanego riffu, patrząc bardziej wyrozumiale znajdzie się po jednym  dobrym riffie w większości utworów grupy, ale co z tego, jak po kilkunastu sekundach, po soczystym współbrzmieniu gitar i bębnów zaraz się wszystko rozłazi w szwach. Zamiast pociągnąć kawałek przed siebie kapela stosuje "progresywne" zagrywki, gwałtownie urywając dobry fragment i pituląc bez sensu.
Ciągnące się w nieskończoność a nudne jak flaki z olejem solówki gitary (no, z gościa żaden Lakis ani Kozakiewicz nie jest), zupełnie od czapy wstawiane dźwięki innych instrumentów (a to fletu, a to saksofonu, jakiejś, cholera, okaryny, marimby i co tam jeszcze w studio radiowym stało), kiepskie motywy...słabizna po całości.
Gdybym bym menago rockowym w PRLu, to bym ze Stressem ciężko ale to ciężko musiał popracować. Dobre, ciężkie zagrywki warte byłyby wzmocnienia, mnóstwo muzycznej grafomanii trzebaby po prostu wywalić na śmiecie.
I teksty napisać od początku, bo ich kaleka nieporadność boleśnie rani uszy.

Typowy przykład STRESSowego bełkotu :



Jak dla mnie STRESS to spore rozczarowanie, a z PRLowskiego hard rocka nadal pozostaje na topie BREAKOUT "Blues" (TEST byłby niezły, ale wybierając na wokal Wojciecha Gąssowskiego sami się umieścili w klasie kabaretowej).







środa, 21 stycznia 2015

Krzysztof Cugowski - solo

Budka Suflera po 40 latach zakończyła właśnie swą działalność. Jako jedna z rockowych legend PRL jest ona wdzięcznym tematem  i, oczywiście, z definicji OLD SCHOOLEM i zasługuje na niejeden wpis.
Zacznę od "kariery" Cugowskiego solo. Bo, co mało kto dziś pamięta, w latach 77-83 Cug opuścił macierzysty zespół i próbował zrobić coś samodzielnie.


Początki miał jednak nieszczególne, postanowił bowiem Cugowski, zamiast grać porządnego rocka, popróbować kariery PRLowskiego festiwalowego szansonisty. Co gorsza, efekty tego próbowania raczył był utrwalić na płycie.
 I tak powstało koszmarne dzieło pt "Wokół Cisza Trwa"

Badziew to niesłychany i wstyd dla Cugowskiego ogromny :

Cugowski & P. Figiel Ensemble

Prawda, ze niesłuchalne ? Jak go jeszcze ujrzałem w gierkowskim show telewizyjnym "Studio Gamma", to już się całkowicie załamałem.

Przyznam, że młodzieńcza miłość do Budki skłoniła mnie w roku '82 do kupienia tego czegoś, ale na szczęście Tata, którego wysłałem po płytę do sklepu w Ustroniu Jaszowcu, widząc zainteresowanie młodzieży inną płytą "Żaglem Ziemi" Breakoutu, kupił mi je obie. Nie żeby "Żagiel Ziemi" specjalnie wymiatał (w końcu nasłabszy Breakout) ale przy masakrycznym Cugu i tak był niezły.

Na szczęście Cugowski sam wyraźnie niekomfortowo się czuł w tym dizajnie, stąd też początek lat 80tych zastał go współpracującego z wrocławską grupą CROSS.

No i tu już było dużo lepiej  :-) Także ten kierunek zaowocował longplayem :


No, ale tu już jest dym i siara ! Świetny, pulsujący hard rock, nieco Old Schoolowy już w chwili wydania (płyta wydana w roku 83 brzmi, jakby była skomponowała dekadę wcześniej), oparty oczywiście o bluesa, czasami łagodzony (zbędnymi) banalladami, ale generalnie wglebiający fana ciężkiego rocka.

Krzysztof Cugowski & Cross
Nigdy wcześniej ani później Cug tak konsekwentnie nie łoił.
Karierę projektu przerwał powrót Cugowskiego do Budki Suflera, i to z gitarzystą Crossa Krzysztofem Mandziarą.
Byłem fanem Crossa i tej płyty, wiadomość zatem o powrocie Cuga do BS przyjąłem z mieszanymi uczuciami - no i miałem rację, bo wydana razem płyta "Czas Czekania, Czas Olśnienia" mimo pewnych zalet nie miała nic wspólnego z hard rockiem ani Crossem. A szkoda
Kolejne 30 lat Cugowski spędził w Budce, i nawet jak coś na  boku nagrał, to nie miało to żadnego poważnego znaczenia artystycznego