niedziela, 25 stycznia 2015

Stress - zespół jednego riffu

W moje ręce wpadło ostatnio Old Schoolowe rarity - zbiór radiowych nagrań polskiej grupy hard rockowej STRESS, popularnej w pierwszej połowie lat 70-tych.


Napalałem się od pewnego czasu na ten STRESS, no bo hard rocka w PRL było jak na lekarstwo, a jedyny znany mi kawałek STRESSU, hit roku 1972 pt "Ciężką Drogą" rozpalał me  nadzieje na coś nadzwyczajnego.
Aliści wyszła z tego wielka qpa, pisząc nieoględnie.
Naczytałem się, jak to władzy ludowej ciężkie granie było nie w smak, i dlatego zatrzymana została obiecująca kariera STRESSu. Ciotka Wikipedia jak zwykle na pierwszej linii pisania takich bzdutów, choć zdaje się, że i Kamil Sipowicz w swych liner notkach do antologii polskiego rocka hippisowskiego coś takiego pisał.
OK, niechże zostanę zatem PRLowskim zupakiem na miarę sekretarza powiatowego PZPR Stanisława Anioła, ale u mnie Stress też by żadnej kariery nie zrobił, a konkretnie to płyty z materiałem, który miałem nieprzyjemność wysłuchać, bym nie wydał.
W cziom dieło ? Ano, po prostu Stress nie potrafił komponować ! Ich utwory są, jeden w drugi, niewydarzone, niedorobione, jakieś takie koślawe. Po dwu przesłuchaniach materiału upieram się, że cała jakość Stressu to to (nie)szczęsne "Cieżką Drogą" :



Fajny, rozkołysany riff, takie cięższe Canned Heat, w środku mnóstwo bałaganu, ale jakoś się broni w całości.
Niestety, jak mawiał prof Stanisławski "i to by było na tyle"
Złośliwie napisałem, że STRESS jest zespołem tego jednego, jedynego udanego riffu, patrząc bardziej wyrozumiale znajdzie się po jednym  dobrym riffie w większości utworów grupy, ale co z tego, jak po kilkunastu sekundach, po soczystym współbrzmieniu gitar i bębnów zaraz się wszystko rozłazi w szwach. Zamiast pociągnąć kawałek przed siebie kapela stosuje "progresywne" zagrywki, gwałtownie urywając dobry fragment i pituląc bez sensu.
Ciągnące się w nieskończoność a nudne jak flaki z olejem solówki gitary (no, z gościa żaden Lakis ani Kozakiewicz nie jest), zupełnie od czapy wstawiane dźwięki innych instrumentów (a to fletu, a to saksofonu, jakiejś, cholera, okaryny, marimby i co tam jeszcze w studio radiowym stało), kiepskie motywy...słabizna po całości.
Gdybym bym menago rockowym w PRLu, to bym ze Stressem ciężko ale to ciężko musiał popracować. Dobre, ciężkie zagrywki warte byłyby wzmocnienia, mnóstwo muzycznej grafomanii trzebaby po prostu wywalić na śmiecie.
I teksty napisać od początku, bo ich kaleka nieporadność boleśnie rani uszy.

Typowy przykład STRESSowego bełkotu :



Jak dla mnie STRESS to spore rozczarowanie, a z PRLowskiego hard rocka nadal pozostaje na topie BREAKOUT "Blues" (TEST byłby niezły, ale wybierając na wokal Wojciecha Gąssowskiego sami się umieścili w klasie kabaretowej).







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz