Dziś gatunek ten - album koncertowy, jest w totalnym zaniku - zastąpiony płyta DVD z obrazem i dźwiękiem 5.1.
Ale tan naprawdę album koncertowy podupadł już w latach 80tych - w momencie, kiedy jedyne, co mieli do zaoferowania wykonawcy podczas koncertu, to jak najwierniejsze odtworzenie wersji z płyty studyjnej.
Koncertowe albumy hardrockowe lat 70tych to płyty jak najbardziej autonomiczne, gdzie liczył się wybór poszczególnych kawałków oraz ich wykonanie.
I tak,
- kapele z zasady na koncerty wybierały najostrzejsze numery,
- które były grane znacznie ostrzej, niż w wersjach studyjnych i
- były często gęsto okraszane zmianami aranżacji, solówkami instrumentalnymi itp.
Jakoś kapele prog rockowe nie zagustowały w double livach - prog rock z założenia nie był nastawiony na koncertowe zaostrzanie brzmienia czy wybór co bardziej hitowych kawałków.
W gatunku spróbowali również swych sił Stonesi swym Love You Live - ale, jak na Stonesów, to dość kiepska płyta. Zdecydowanie bardziej polecam pojedynczy "Get Yer Ya Ya's Out" z 1970 roku.
Chwilę się zastanowiwszy ułożyłem w myślach Top 10 tychże albumów, który to wygląda następująco :
1. DEEP PURPLE Made In Japan
2. URIAH HEEP Heep Live
3. LED ZEPPELIN The Song Remains The Same
4. KISS Alive
5. RAINBOW On Stage
6. WHITESNAKE Live...In The Heart Of The City
Absolutny klasyk. Genialne połaczenie purplowskiego hard rocka z ciężkim blues rockiem spod znaku FREE. Zresztą Coverdale na tym etapie swej kariery nasladował styl wokalny Rodgersa na potęgę (później David postanowi śpiewać "pod" Planta, na czym Whitesnake i sam Coverdale zarobią w latach 80tych miliony). "Live...In The Heart Of The City" to znakomite, hard rockowe misterium, ze wspólnym śpiewaniem, z genialnym bluesowym solo Micky Moodyego w "Lovehunter", z zestawem zabójczych, ostrycja jak brzytwa killerów ("Take Me With You" czy "Sweet Talker" rządzą) :
Gitarzyści.... napisać, że "stylowi" to nic nie napisać. Ich gra to definicja "czucia bluesa", zaś technika slide Mickiego Moody...smakowitości.
No i Coverdale jako arcykapłan tego misterium, w megaformie.
7. AEROSMITH Live...Bootleg
Wahałem się nieco, przyznaję, czy AEROSMITH powinien znaleźć się w tej "złotej dziesiątce", czy też raczej umieścić w tym miejscu RUSH z jego "All The World's On Stage", ale po krótkiej bitwie z samym sobą postawiłem na AERO. Bo "Dream On", bo "Mama Kin", bo w końcu obłędna koncertowa wersja "Train Kept A Rollin". Zasłuchiwałem sie "Live...Bootleg" do obłędu, bardziej niż intelektualnym RUSHEM, stąd końcowy wybór, choć kanadyjczyków też opiszę w suplemencie.
A co do AERO..."Live Bootleg" to godny kontynuator KISSowskiego "Alive". Znakomity wybór utworów (może poza okropnym "Mother Popcorn"), megastylowe, bluesujące gitary Brada Whitforda i Joe Perrego, osobowość sceniczna i charakterystyczny ochrypły wrzask Stevena Tylera (jeszcze megasexy amerykańską wersję Micka Jaggera a nie, tak jak teraz, karykaturę starej indianki, znaną głównie z tego, ze jest ojcem Liv Tyler) - tego się słucha !
Muzyka Aero to tacy trochę ostrzejsi, potraktowani Zeppelinem, Stonesi (ciekawe, że tak samo można opisać AC/DC, a napisać, że AERO jest podobne do Ejsi to jednak mocna przesada...). Muzyka mocno podparta bluesem i żywiołowym rockandrollem, gitarzyści nie na miarę europejskich demigodów pokroju Blackmore'a, Page'a, Rotha czy Schenkera, ale ultramiodni, ze świetnym wyczuciem i feelingiem. Każdy fan ostrego, dionizyjskiego rockandrolla będzie "Live...Bootleg" zachwycony.
Highlight koncertu - "Train Kept A Rollin'" oczywiście. Cover coveru (The Burnettes - The Yardbirds - Aerosmith), ale rwie buty z nóg ! Choć "Rats In The Cellar" też wymiata :
8. UFO Strangers In The Night
Absolutna miazga. Od pierwszej do ostatniej minuty koncertu trwa bezlitosne łojenie. UFO odcedzili ze swych studyjnych płyt cały szlam, jakieś piosełki, balladki, bluesy, "złagodzenia" i nastawili się na jednolity łomot.
To jedna z najlepszych rockowych płyt koncertowych wszechczasów - no i mokry sen gitarzystów metalowych, bowiem to, co na płycie wyprawia Michael Schenker, to tego się nie da opisać, to trzeba słuchać i słuchać.
Charakterystyczne jest również granie drugiego instrumentalisty - bodajże się Paul Raymond nazywa i jego wsparcie dla szarż Schenkera. Po pierwsze gościu w miare potrzeb gra bądź to na wiośle, bądź na klawiszach. W najcięższych, najmocniejszych momentach daje ścianę riffową razem z Schenkerem, w innych efektownie ubogaca brzmienie keyboardami - co ciekawe prawie wcale nie używa "kanonicznego" dla hard rocka Hammonda - głównie wykorzystuje elektryczny fortepian Fendera, a także syntezator.
Album wyznacza szczytowy punt w karierze UFO, zaraz po trasie, podczas której nagrano "Strangers" Schenker opuścił zespół, co było znakiem końca kreatywnych osiągnięć UFO.
Siłą rozpędu zespół nagrał jeszcze parę przeciętnych płyciszcz, by rozpaść się po wizycie w stanowojennej Polsce AD bodajże '83.
Późniejsze reaktywacje to już cyniczny skok na kasę, niewart uwagi i straty czasu.
Co ciekawe, sam Schenker ze swą nową grupą MSG (Michaer Schenker Group - egotico bombastico...) też nic nadzwyczajnego nie osiągnął. No, ale "Strangers" pozostali wciąż wspaniałą płytą i cieszą uszy metalowych Old Schoolowców.
High light koncertu - "Doctor, Doctor" (mrrrau !) :
9. THIN LIZZY Live And Dangerous
Lizzy zastosowali opisaną przeze mnie, sprawdzoną metodę. Wyselekcjonowali swe najostrzejsze wałki i zagrali je, jeszcze ostrzej i jeszcze żywiej, niż na płytach studyjnych.
Wprawdzie w naparzaniu nie byli tak monotematyczni, jak UFO, w trakcie koncertu znalazło się miejsce na trochę popierdółek w rodzaju "Southbound" czy syfiastego, zapaskudzonego wulcowskim saksofonem (sic!) "Dancing In The Moonlight", no ale dominuje piekielnie ostry hard rock. Album napędza się z numeru na numer, ostatnie sześć numerów to Absulutnie Kultowa Rzeźnia.
"Live And Dangerous" charakteryzuje genialna współpraca gitarzystów. Odmiennie od UFO, gdzie cały splendor zagarnął Michael Schenker, w "Lizzy" na równi współpracują i współbłyszczą Scott Gorham i Brian Robertson.
Ich wspólne granie jest genialne - podprawione mocno bluesem, supermelodyczne i drapieżne jednocześnie, wprost zapowiada gitarowe brzmienie Iron Maiden ("Suicide", "Sha La La La".)
Do tego bulgoczacy bas Phila Lynotta, no i nieco zapoznany, a bardzo Old Schoolowo ceniony artysta za bębnami - Brian Downey.
Jego drum solo w "Sha La La La" to klasyk.
Highlight koncertu - "Sha la la la"
10.SCORPIONS Tokyo Tapes
Swoistym pendant dla gatunku są dwa albumy brytyjskie z początku lat 80-tych, a mianowicie :
11.BLACK SABBATH Live Evil
oraz
12. VENOM Eine Kleine Nachtmusik
a wschodnioeuropejskim reprezentantem gatunku bedzie NRDowski
13.PUHDYS Live













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz