środa, 28 stycznia 2015

Dwupłytowe hard rockowe albumy koncertowe

Rzeczą charakterystyczną dla OLD SCHOOLOWEGO hard rocka lat 70-tych były dwupłytowe albumy koncertowe.
Dziś gatunek ten - album koncertowy, jest w totalnym zaniku - zastąpiony płyta DVD z obrazem i dźwiękiem 5.1.
Ale tan naprawdę album koncertowy podupadł już w latach 80tych - w momencie, kiedy jedyne, co mieli do zaoferowania wykonawcy podczas koncertu, to jak najwierniejsze odtworzenie wersji z płyty studyjnej.
Koncertowe albumy hardrockowe lat 70tych to płyty jak najbardziej autonomiczne, gdzie liczył się wybór poszczególnych kawałków oraz ich wykonanie.
I tak,
- kapele z zasady na koncerty wybierały najostrzejsze numery,
- które były grane znacznie ostrzej, niż w wersjach studyjnych i
- były często gęsto okraszane zmianami aranżacji, solówkami instrumentalnymi itp.
Jakoś kapele prog rockowe nie zagustowały w double livach - prog rock z założenia nie był nastawiony na koncertowe zaostrzanie brzmienia czy wybór co bardziej hitowych kawałków.
W gatunku spróbowali również swych sił Stonesi swym Love You Live - ale, jak na Stonesów, to dość kiepska płyta. Zdecydowanie bardziej polecam pojedynczy "Get Yer Ya Ya's Out" z 1970 roku.

Chwilę się zastanowiwszy ułożyłem w myślach Top 10 tychże albumów, który to  wygląda następująco :

1. DEEP PURPLE Made In Japan

2. URIAH HEEP Heep Live

3. LED ZEPPELIN The Song Remains The Same

4. KISS Alive

5. RAINBOW On Stage

6. WHITESNAKE Live...In The Heart Of The City

Absolutny klasyk. Genialne połaczenie purplowskiego hard rocka z ciężkim blues rockiem spod znaku FREE. Zresztą Coverdale na tym etapie swej kariery nasladował styl wokalny Rodgersa na potęgę (później David postanowi śpiewać "pod" Planta, na czym Whitesnake i sam Coverdale zarobią w latach 80tych miliony). "Live...In The Heart Of The City" to znakomite, hard rockowe misterium, ze wspólnym śpiewaniem, z genialnym bluesowym solo Micky Moodyego w "Lovehunter", z zestawem zabójczych, ostrycja jak brzytwa killerów ("Take Me With You" czy "Sweet Talker" rządzą) :
Obłędna sekcja rytmiczna, (wszechobecny bas Neila Murraya), kapitalny Jon Lord, któremu powierzono zupełnie inną rolę niż w Purplach - tam był drugim instrumentem solowym, tutaj jego zadanie to przede wszytskim "ogarnianie" całej muzyki, dobry background, a tylko co jakiś czas ma miejsce na grę solo (mniej też jest Hammonda, więcej fortepianu i syntezatorów).
Gitarzyści.... napisać, że "stylowi" to nic nie napisać. Ich gra to definicja "czucia bluesa", zaś technika slide Mickiego Moody...smakowitości.
No i Coverdale jako arcykapłan tego misterium, w megaformie.

7. AEROSMITH Live...Bootleg

Wahałem się nieco, przyznaję, czy AEROSMITH powinien znaleźć się w tej "złotej dziesiątce", czy też raczej umieścić w tym miejscu RUSH z jego "All The World's On Stage", ale po krótkiej bitwie z samym sobą postawiłem na AERO. Bo "Dream On", bo "Mama Kin", bo w końcu obłędna koncertowa wersja "Train Kept A Rollin". Zasłuchiwałem sie "Live...Bootleg" do obłędu, bardziej niż intelektualnym RUSHEM, stąd końcowy wybór, choć kanadyjczyków też opiszę w suplemencie.
A co do AERO..."Live Bootleg" to godny kontynuator KISSowskiego "Alive". Znakomity wybór utworów (może poza okropnym "Mother Popcorn"), megastylowe, bluesujące gitary Brada Whitforda i Joe Perrego, osobowość sceniczna i charakterystyczny ochrypły wrzask Stevena Tylera (jeszcze megasexy amerykańską wersję Micka Jaggera a nie, tak jak teraz, karykaturę starej indianki, znaną głównie z tego, ze jest ojcem Liv Tyler) - tego się słucha !
Muzyka Aero to tacy trochę ostrzejsi, potraktowani Zeppelinem, Stonesi (ciekawe, że tak samo można opisać AC/DC, a napisać, że AERO jest podobne do Ejsi to jednak mocna przesada...). Muzyka mocno podparta bluesem i żywiołowym rockandrollem, gitarzyści nie na miarę europejskich demigodów pokroju Blackmore'a, Page'a, Rotha czy Schenkera, ale ultramiodni, ze świetnym wyczuciem i feelingiem. Każdy fan ostrego, dionizyjskiego rockandrolla będzie "Live...Bootleg" zachwycony.
Highlight koncertu - "Train Kept A Rollin'" oczywiście. Cover coveru (The Burnettes - The Yardbirds - Aerosmith), ale rwie buty z nóg ! Choć "Rats In The Cellar" też wymiata :



8. UFO Strangers In The Night

Absolutna miazga. Od pierwszej do ostatniej minuty koncertu trwa bezlitosne łojenie. UFO odcedzili ze swych studyjnych płyt cały szlam, jakieś piosełki, balladki, bluesy, "złagodzenia" i nastawili się na jednolity łomot.
To jedna z najlepszych rockowych płyt koncertowych wszechczasów - no i mokry sen gitarzystów metalowych, bowiem to, co na płycie wyprawia Michael Schenker, to tego się nie da opisać, to trzeba słuchać i słuchać.
Charakterystyczne jest również  granie drugiego instrumentalisty - bodajże się Paul Raymond nazywa i jego wsparcie dla szarż Schenkera. Po pierwsze gościu w miare potrzeb gra bądź to na wiośle, bądź na klawiszach. W najcięższych, najmocniejszych momentach daje ścianę riffową razem z Schenkerem, w innych efektownie ubogaca brzmienie keyboardami - co ciekawe prawie wcale nie używa "kanonicznego" dla hard rocka Hammonda - głównie wykorzystuje elektryczny fortepian Fendera, a także syntezator.

Album wyznacza szczytowy punt w karierze UFO, zaraz po trasie, podczas której nagrano "Strangers" Schenker opuścił zespół, co było znakiem końca kreatywnych osiągnięć UFO.
Siłą rozpędu zespół nagrał jeszcze parę przeciętnych płyciszcz, by rozpaść się po wizycie w stanowojennej Polsce AD bodajże '83.
Późniejsze reaktywacje to już cyniczny skok na kasę, niewart uwagi i straty czasu.
Co ciekawe, sam Schenker ze swą nową grupą MSG (Michaer Schenker Group - egotico bombastico...) też nic nadzwyczajnego nie osiągnął. No, ale "Strangers" pozostali wciąż wspaniałą płytą i cieszą uszy metalowych Old Schoolowców.
High light koncertu - "Doctor, Doctor" (mrrrau !) :


9. THIN LIZZY Live And Dangerous


Lizzy zastosowali opisaną przeze mnie, sprawdzoną metodę. Wyselekcjonowali swe najostrzejsze wałki i zagrali je, jeszcze ostrzej i jeszcze żywiej, niż na płytach studyjnych.
Wprawdzie w naparzaniu nie byli tak monotematyczni, jak UFO, w trakcie koncertu znalazło się miejsce na trochę popierdółek w rodzaju "Southbound" czy syfiastego, zapaskudzonego wulcowskim saksofonem (sic!) "Dancing In The Moonlight", no ale dominuje piekielnie ostry hard rock. Album napędza się z numeru na numer, ostatnie sześć numerów to Absulutnie Kultowa Rzeźnia.
"Live And Dangerous" charakteryzuje genialna współpraca gitarzystów. Odmiennie od UFO, gdzie cały splendor zagarnął Michael Schenker, w "Lizzy" na równi współpracują i współbłyszczą Scott Gorham i Brian Robertson.
Ich wspólne granie jest genialne - podprawione mocno bluesem, supermelodyczne i drapieżne jednocześnie, wprost zapowiada gitarowe brzmienie Iron Maiden ("Suicide", "Sha La La La".)
Do tego bulgoczacy bas Phila Lynotta, no i nieco zapoznany, a bardzo Old Schoolowo ceniony artysta za bębnami - Brian Downey.
Jego drum solo w "Sha La La La" to klasyk.
Highlight koncertu - "Sha la la la"

10.SCORPIONS Tokyo Tapes

Swoistym pendant dla gatunku są dwa albumy brytyjskie z początku lat 80-tych, a mianowicie :

11.BLACK SABBATH Live Evil

oraz
12. VENOM Eine Kleine Nachtmusik

a wschodnioeuropejskim reprezentantem gatunku bedzie NRDowski

13.PUHDYS Live

niedziela, 25 stycznia 2015

Stress - zespół jednego riffu

W moje ręce wpadło ostatnio Old Schoolowe rarity - zbiór radiowych nagrań polskiej grupy hard rockowej STRESS, popularnej w pierwszej połowie lat 70-tych.


Napalałem się od pewnego czasu na ten STRESS, no bo hard rocka w PRL było jak na lekarstwo, a jedyny znany mi kawałek STRESSU, hit roku 1972 pt "Ciężką Drogą" rozpalał me  nadzieje na coś nadzwyczajnego.
Aliści wyszła z tego wielka qpa, pisząc nieoględnie.
Naczytałem się, jak to władzy ludowej ciężkie granie było nie w smak, i dlatego zatrzymana została obiecująca kariera STRESSu. Ciotka Wikipedia jak zwykle na pierwszej linii pisania takich bzdutów, choć zdaje się, że i Kamil Sipowicz w swych liner notkach do antologii polskiego rocka hippisowskiego coś takiego pisał.
OK, niechże zostanę zatem PRLowskim zupakiem na miarę sekretarza powiatowego PZPR Stanisława Anioła, ale u mnie Stress też by żadnej kariery nie zrobił, a konkretnie to płyty z materiałem, który miałem nieprzyjemność wysłuchać, bym nie wydał.
W cziom dieło ? Ano, po prostu Stress nie potrafił komponować ! Ich utwory są, jeden w drugi, niewydarzone, niedorobione, jakieś takie koślawe. Po dwu przesłuchaniach materiału upieram się, że cała jakość Stressu to to (nie)szczęsne "Cieżką Drogą" :



Fajny, rozkołysany riff, takie cięższe Canned Heat, w środku mnóstwo bałaganu, ale jakoś się broni w całości.
Niestety, jak mawiał prof Stanisławski "i to by było na tyle"
Złośliwie napisałem, że STRESS jest zespołem tego jednego, jedynego udanego riffu, patrząc bardziej wyrozumiale znajdzie się po jednym  dobrym riffie w większości utworów grupy, ale co z tego, jak po kilkunastu sekundach, po soczystym współbrzmieniu gitar i bębnów zaraz się wszystko rozłazi w szwach. Zamiast pociągnąć kawałek przed siebie kapela stosuje "progresywne" zagrywki, gwałtownie urywając dobry fragment i pituląc bez sensu.
Ciągnące się w nieskończoność a nudne jak flaki z olejem solówki gitary (no, z gościa żaden Lakis ani Kozakiewicz nie jest), zupełnie od czapy wstawiane dźwięki innych instrumentów (a to fletu, a to saksofonu, jakiejś, cholera, okaryny, marimby i co tam jeszcze w studio radiowym stało), kiepskie motywy...słabizna po całości.
Gdybym bym menago rockowym w PRLu, to bym ze Stressem ciężko ale to ciężko musiał popracować. Dobre, ciężkie zagrywki warte byłyby wzmocnienia, mnóstwo muzycznej grafomanii trzebaby po prostu wywalić na śmiecie.
I teksty napisać od początku, bo ich kaleka nieporadność boleśnie rani uszy.

Typowy przykład STRESSowego bełkotu :



Jak dla mnie STRESS to spore rozczarowanie, a z PRLowskiego hard rocka nadal pozostaje na topie BREAKOUT "Blues" (TEST byłby niezły, ale wybierając na wokal Wojciecha Gąssowskiego sami się umieścili w klasie kabaretowej).







piątek, 23 stycznia 2015

Wzywam 07...część 1

Jakiś czas temu wydawnictwo Vesper wydało potrójny zbiór opowiadań milicyjnych z arcypopularnej w PRL serii "Ewa Wzywa 07...", w której to serii znalazło się sporo pierwowzorów scenariuszy znakomitego serialu milicyjnego "07 Zgłoś Się". (od razu wyjaśnię, że 07 to nie jest jakieś nawiązanie do agenta 007 a ówczesny numer pogotowia milicyjnego).


Z okazji tego wydania, no i biorąc pod uwagę, że tzw. opowiadania milicyjne to Old School w pełnej krasie, parę słów tutaj im poświęcę.

Na początku PRL - w latach stalinowskich, obowiązywał, również w literaturze, socrealizm. Proza gatunkowa, romanse, kryminały, fantastyka, były, jako ogłupiająca rozrywka, odrywająca Nowego Człowieka Socjalizmu od myślenia o rozwoju Ludowej Ojczyzny, tępione, a nawet więcej niż tępione, bo "zniknięte".
Po prostu nie pisało się takich powieści, nie wydawało, a wszelkiej maści rozrywkę piętnowało jako burżuazyjny przeżytek. Proza miała oddawać realia Naszych Czasów, opisywać zwykłe życie i problemy jakie ludzie napotykają na swej drodze. Wątki sensacyjne, kryminalne, pojawiały się nie jako element rozrywkowy, a jako efekt działania Wrogich Sił - zatem dotyczyły różnej maści Szpiegów, Dywersantów, Szkodników i Wsteczników.

Na fali odwilży po '56 roku uznano, że Człowiek Pracy ma również prawo po robocie oderwać się od życia, odprężyć, poczytać coś rozrywkowego, no i uznano, że dobry kryminał nie jest zły.
Natychmiastową reakcją było uruchomienie, jeszcze w '56, telewizyjnego teatru kryminalnego "Kobra" (sprawa zasługuje na odrębny, sążnisty wpis, nad którym zamierzam niedługo popracować).
"Kobra" z reguły "pracowała" na zachodnich tekstach, ale kryminalne realia wczesnego PRL zaczęły być również opisywane w powstającej literaturze. To wtedy Tyrmand  napisał "Złego", rozpoczęli również swe kariery inni pisarze, później znani z seryjnie tworzonych kryminałów (np. "Czarny Mercedes" Zygmunta  Zeydler Zborowskiego z '58 roku).

We wczesnych latach 60tych powstał pierwszy polski telewizyjny serial kryminalny - "Kapitan Sowa Na Tropie". Serial był ledwie 8 odcinkowy, napisany i zagrany bardzo lekko, wręcz komediowo, ale zawsze to jakiś początek.

Prawdziwy przełom w rozwoju PRLowskiego kryminału stanowiły lata 67-68. Chyba na tle zawirowań marca '68 władza postanowiła rozpopularyzować w społeczeństwie pracę dzielnych stróżów prawa. I tak narodziła się w pełnej krasie - powieść milicyjna, tworzona do samego końca PRL.  Jej najsłynniejszymi twórcami byli : Zygmunt Zeydler Zborowski, Jerzy Edigey, Andrzej Wydrzyński, Maciej Słomczyński (pod pseudonimami Kazimierz Kwaśniewski czy, bardziej znanym - Joe Alex), Joanna Chmielewska, Barbara Gordon, Anna Kłodzińska czy Helena Sekuła.

Generalnie można wprowadzić następujący podział w ramach gatunku :

1. Skierowany do socjalistycznej młodzieży milicyjny komiks kryminalny - słynny "Kapitan Żbik". Z początku "Żbiki" przedstawiały uproszczone narracyjnie typowe scenariusze milicyjne, śledztwa dotyczyły morderstw, rabunków, napadów, przemytu. Z połowie lat 70tych (gdzieś tak od czasu, kiedy zaczął ją rysować Jerzy Wróblewski) serię zdominował jednak irytujący dydaktyzm. W kolejnych odcinkach polska młodzież, z reguły na wakacjach, a to łapała kłusowników, a to złodziei ryb z państwowej hodowli, a to w końcu (sławetny zeszyt "Wyzwanie Dla Silniejszego") wyszkolona przez Kapitana Żbika w trudnej sztuce judo pokonywała Złych Gitowców.

2. Charakterystyczna seria błękitnych zeszytów pt. "Ewa Wzywa 07", do kupienia w kioskach. Taki PRLowski paperback - błękitny odpowiednik włoskiego (żółtego) giallo :-). W założeniu miało być co miesiąc 1 opowiadanie, nie bardzo udawało się założenie utrzymać, niemniej w latach 68-89 wydane zostało ponad 140 "ewek". W ramach serii znaleźć można było opowiadania pisarzy tej marki co Andrzej Szczypiorski czy Janusz Głowacki, pisali też znani i już przeze mnie wyżej przywołani spece od kryminału.
Literacko średni poziom "ewek" był mocno przeciętny. Format serii zakładał przedstawianie przebiegu akcji z punktu widzenia milicji, sporo było obligatoryjnej propagandy, styl sztywny, zupacki a postaci papierowe.


3. "Regularne" powieści kryminalne, wydawane z reguły w różnych seriach ("Jamnik", "Labirynt", "Srebrny Klucz", "KAW") też z zasady dość sztywne w formie i dopakowane propagandą, ale czasami swobodniejsze, ukazujące a to prywatne śledztwo, a to narrację z punktu wiedzenia świadka, przestępcy itp.

4. Najlepsze z powieści były ekranizowane, tworząc odrębny subgatunek filmowy - kinowy kryminał PRLowski (np "Dwaj Panowie N", "Zbrodniarz, Który Ukradł Zbrodnię", Walet Pikowy"). bądź też przerabiane na spektakle telewizyjnego teatru sensacji Kobra.

5. I Najwyższa forma sublimacji gatunku - rewelacyjny  serial "07 Zgłoś Się". Scenariusze do odcinków wywodziły się właśnie z nurtu powieści milicyjnej i do tego najczęściej z serii "Ewa Wzywa 07", ale były filtrowane przez talent reżysera - Krzysztofa Szmagiera. Zamiast papierowych  i sztywnych jak nakrochmalone kołnierzyki bohaterów z opowiadań wprowadził, wymyślił i wykreował postać porucznika Sławomira Borewicza (Bronisław Cieślak - absolutnie genialny!), wyluzowanego, dowcipnego i błyskotliwie inteligentnego kobieciarza. O - hołd dla bohaterów książkowych powieści milicyjnych (a wręcz ich karykaturę) stanowiła serialowa postać porucznika Zubka
Niedługo opiszę poszczególne odcinki serialu wraz z ich literackimi pierwowzorami - tutaj tylko zamarkuję, że vesperowskie wznowienie zawiera świetne opowiadanie Heleny Sekuły - "Ślad Rękawiczki", które pod tym samym tytułem weszło do serialu.


W kolejnym wpisie omówię zawartość nowego wydania "Wzywam 07".

środa, 21 stycznia 2015

Krzysztof Cugowski - solo

Budka Suflera po 40 latach zakończyła właśnie swą działalność. Jako jedna z rockowych legend PRL jest ona wdzięcznym tematem  i, oczywiście, z definicji OLD SCHOOLEM i zasługuje na niejeden wpis.
Zacznę od "kariery" Cugowskiego solo. Bo, co mało kto dziś pamięta, w latach 77-83 Cug opuścił macierzysty zespół i próbował zrobić coś samodzielnie.


Początki miał jednak nieszczególne, postanowił bowiem Cugowski, zamiast grać porządnego rocka, popróbować kariery PRLowskiego festiwalowego szansonisty. Co gorsza, efekty tego próbowania raczył był utrwalić na płycie.
 I tak powstało koszmarne dzieło pt "Wokół Cisza Trwa"

Badziew to niesłychany i wstyd dla Cugowskiego ogromny :

Cugowski & P. Figiel Ensemble

Prawda, ze niesłuchalne ? Jak go jeszcze ujrzałem w gierkowskim show telewizyjnym "Studio Gamma", to już się całkowicie załamałem.

Przyznam, że młodzieńcza miłość do Budki skłoniła mnie w roku '82 do kupienia tego czegoś, ale na szczęście Tata, którego wysłałem po płytę do sklepu w Ustroniu Jaszowcu, widząc zainteresowanie młodzieży inną płytą "Żaglem Ziemi" Breakoutu, kupił mi je obie. Nie żeby "Żagiel Ziemi" specjalnie wymiatał (w końcu nasłabszy Breakout) ale przy masakrycznym Cugu i tak był niezły.

Na szczęście Cugowski sam wyraźnie niekomfortowo się czuł w tym dizajnie, stąd też początek lat 80tych zastał go współpracującego z wrocławską grupą CROSS.

No i tu już było dużo lepiej  :-) Także ten kierunek zaowocował longplayem :


No, ale tu już jest dym i siara ! Świetny, pulsujący hard rock, nieco Old Schoolowy już w chwili wydania (płyta wydana w roku 83 brzmi, jakby była skomponowała dekadę wcześniej), oparty oczywiście o bluesa, czasami łagodzony (zbędnymi) banalladami, ale generalnie wglebiający fana ciężkiego rocka.

Krzysztof Cugowski & Cross
Nigdy wcześniej ani później Cug tak konsekwentnie nie łoił.
Karierę projektu przerwał powrót Cugowskiego do Budki Suflera, i to z gitarzystą Crossa Krzysztofem Mandziarą.
Byłem fanem Crossa i tej płyty, wiadomość zatem o powrocie Cuga do BS przyjąłem z mieszanymi uczuciami - no i miałem rację, bo wydana razem płyta "Czas Czekania, Czas Olśnienia" mimo pewnych zalet nie miała nic wspólnego z hard rockiem ani Crossem. A szkoda
Kolejne 30 lat Cugowski spędził w Budce, i nawet jak coś na  boku nagrał, to nie miało to żadnego poważnego znaczenia artystycznego

wtorek, 20 stycznia 2015

Hans Kloss teatr TV : analiza fabularna poszczególnych odcinków



Jak obiecałem, przedstawiam porównanie wątków fabularnych poszczególnych odcinków serii Teatru TV z "kanonicznymi" odcinkami serialu TVP :

1. Wróg Jest Wszędzie


Odcinek "samoistny", który w serialu zostanie zastąpiony przez odcinek 1 "Wiem, Kim Jesteś". Niektóre wątki przejdą do tego odcinka, sam finał zaś autorzy wykorzystają w odcinku 16 "Akcja - Liść Dębu",

2. "Łączniczka Z Londynu"
Kolejny scenariusz nieznany serialowi TVP, aczkolwiek po bliższym przyjrzeniu się widać, że został on przerobiony   na "Podwójny Nelson" (nawet Wiesława Mazurkiewicz jako podstawiona agentka gestapo się ostała). Zmiany jednak były na tyle istotne, że zamiast teatralnego whodunnita otrzymaliśmy pełen akcji odcinek "terenowy".

3 i 4 "W Pułapce" i "E 19 Działa" zostały w serialu połączone w NAJLEPSZY ODCINEK STAWKI - odc. 8 "Wielka Wsypa". Wszystkie wątki fabularne bardzo efektownie zostały ze sobą splecione a nudnego zupaka Hickela zastąpił Herman Brunner u szczytu swych serialowych możliwości ("nie mogę patrzeć na bitego człowieka...jeśli to nie ja biję").

5 i 6 "Kryptonim Edyta" i "Okrążenie" zostały jeden do jednego przeniesione do serialu telewizji, prawie w tej samej obsadzie,

7. "Tajemnica Zamku Edelsberg" zmieniła się w odcinek 17 "Spotkanie". Scenariusz jest praktycznie ten sam (brak tylko telewizyjnego wątku Stanisława Milskiego), z ciekawostek rolę w TVP zagraną przez Barbarę Brylską w teatrze gra ok 20 letnia Ewa Wiśniewska, Wybrali zatem z klucza - mega sex bomba...

8. "Ostatnia Broń Fuhrera" to klaustrofobiczny, toczący się w całości w podziemnym bunkrze odcinek, który "wypadł" z serialu tv - dalekie echa "broni fuhrera" wystąpiły w telewizyjnym odcinku 13 "Bez Instrukcji" (plus Maklakiewicz w roli esesmana),

9. "Koniec Gry" - jeszcze jeden zapomniany i porzucony scenariusz teatralny - ten, w którym ginie Brunner.

10. "Czarny Wilk Von Hubertus" - niestety, nie znalazłem go na necie

11. "Noc W Szpitalu"
Odcinek później nieznany, porzucony przy produkcji serialu TVP jako zbyt statyczny (jeszcze jeden whodunnit w dusznej atmosferze prowincjonalnego szpitala",

12. "Człowiek, Który Stracił Pamięć" - kolejny nieznaleziony przeze mnie odcinek,

13. "Partia Domina"


Jeszcze jeden odcinek autonomiczny, przerobiony w serialu na odc .2 - "Hotel Excelsior" - ale, chyba w jedynym przypadku, nie jestem pewien, czy było warto. Sztuka teatralna jest bardzo dobra, trzymająca w napięciu i zwarta, zaś odcinek serialowy oprócz znakomitego finału na dachu hotelu jest dość przeciętny.
Motyw starego ślepca i chłopca przewodnika został przejęty go genialnego odcinka 8 "Wielka Wsypa".

14. "Cicha Przystań" - jeszcze jeden zaginiony odcinek.

No, i to by było na tyle na dzisiaj. Jako dodatkowy suplement wypiszę w kolejnym poście aktorów, którzy występowali w sztukach teatru TV i jak "przeszli" oni do serialu.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Pitbull 2005




W ramach odstępstw od  Old Schoolu czasami wypuszczam się i oglądam coś nowszego. Dziś padło na "Pitbulla" Patryka Vegi z 2005 (czyli całkiem nju, jak na mnie).
W trzech słowach - niestety,  przereklamowany Badziew :-/

Po pierwsze, to jest SERIAL, a nie film kinowy ! Przyznaję, że w wersji serialowej, kiedy niektóre wątki dostałyby nieco powietrza, mogłyby wybrzmieć, ogólna ocena mogłaby ulec poprawie, bo jakiś tam potencjał w scenariuszu drzemie.
Niestety, w filmie zostały z tych wątków strzępki scen, powrzucane w film całkiem bez ładu i składu. To, co w scenariuszu zostało z ról Stenki czy Fraszyńskiej to są kpiny z widzów kinowych. Momenty bez początku, bez środka, bez końca, bez znaczenia dla scenariusza - no, ale zostało coś z taśmy serialowej, to Vega upycha to w film. Kiepścizna.
Ale, paradoksalnie, może poprzez formę filmową wyszła zasadnicza miałkość "Pitbulla" ? Bo, generalnie, to jest kiepska, kiepsko napisana, choć żwawo nakręcona i doskonale zagrana, historia.
Wydział Zabójstw ściga ormiańskiego killera Sayida, poniekąd na zlecenie innego ormiańskiego bandziora Wora, a ściganie odbywa się poprzez romans Dorocińskiego z córką (?) Sayida Weroniką Rosati.
Innych działań operacyjnych brak.
Mamy pokręconych, połamanych życiowo policajów, z których każdy z osobna byłby ozdobą serialu policyjnego, ale ich wątki zebrane razem są nieoglądalne w swym turpiźmie i ogólnej przesadzie Upadku i Obrzydliwości.

Overall film to nawet nie jest totalna tragedia, ale, wobec hype'u naokoło niego  generalnie przeżyłem spory zawód. Zamiast czekać z wypiekami na rozwiązanie filmu domęczałem go minutę po minucie, przewidując z góry, że jak chory na serce, to padnie przed końcem filmu, jak nieprzekupny, to, mimo wielkich pokus pozostanie nieprzekupny, a jak młody i irytujący głupotą, to na koniec będzie najlepszy pies.

PODSUMOWANIE
na +
- dobre, momentami świetne aktorstwo,
- dobre, żywe, nowoczesne tempo opowieści,
na -
- kiepski scenariusz a przede wszystkim
- nieudolne (!)  skręcenie filmu z fragmentów serialu

OCENY

imdb 7.2
filmweb 7.6
Galfryd 5/10

czwartek, 15 stycznia 2015

Hans Kloss - prawdziwy początek


Kto nie zna Hansa Klossa ? Przynajmniej w Polsce ? No, prawie nie ma. PRLowski serial TV z 1968 roku wciąż bije rekordy popularności i wciąż jest powszechnie znany i lubiany, będąc przez to najlepszą reklamą szeroko rozumianego OLD SCHOOLU.
Ale prawdziwy Old School w wypadku przygód Klossa to nie filmowy, a teatralny (!) serial telewizyjny - powstały parę lat wcześniej.

W latach 1965 - 1967 napisane i wystawione zostało 15 odcinków "Stawki", Ich scenariusze podzielić można na 3 grupy :
- odtworzone w zasadzie "jeden do jednego" w serialu TV (np. "Edyta" czy "Okrążenie"),
- pierwotne, surowe wersje serialowych przygód, później poprawiane i przerabiane,
- całkowicie autonomiczne, zupełnie dziś zapomniane (np. "Ostatnia Broń Fuhrera", "Koniec Gry").

Jak wypada porównanie teatru z serialem tv ?

- od razu w oczy rzuca się znacznie większa dynamika serialu. Ograniczenia formy teatralnej zdecydowanie spowalniają akcję, która opiera się na statycznych dialogach w teatralnych ekspozycjach. Krótkie przebitki "filmowe" są żenującej jakości i nic nie wnoszą do opowiadanych historii. Serial wprowadza dynamiczne odcinki "bondowskie" (np. "Cafe Rose", "Hasło", "Zdrada", czy "Bez Instrukcji") rzucając Klossa po całej Europie,
- powtórzone w serialu scenariusze zostały wzbogacone o lekkość i humor, który w teatrze wypadał jeszcze dość blado. Nawet te same żarty i onelinery - łącznie z nieśmiertelnym "takie sztuczki to nie ze mną Brunner"- są znacznie mniej zabawne, jakoś tak sieriozniejsze.
- strasznie brakuje w teatrze genialnej serialowej muzyki Jerzego Matuszkiewicza. Zamiast niej jest nabzdyczony fragment jakiejś symfonii Szostakowicza.
- na plus z kolei wypada tzw. "continuity".Pomijając już  występujące niekiedy w serialu błędy (B.Pawlik najpierw zna Klossa, by za parę odcinków całkiem go zapomnieć), ale w serialu każdy odcinek stanowi całkowicie oderwaną całość. (no, z wyjątkiem "Edyty"i "Okrążenia" - co jest konsekwencją przejęcia 1:1 scenariuszy z teatru). W teatrze wojenne losy Klossa układają się w dość sensowną całość - Rosja, Polska (okolice Kielc), Wał Pomorski (Tolberg) i końcówka w upadających Niemczech. Aktorzy czasami, właśnie na skutek logicznej kontynuacji scenariusza, występują w kilku odcinkach.
- last, but the best - w teatrze giną :
- Hermann Brunner (!!!!!!!!) w 9 części i....
- Hans Kloss (!!!!!!!!!!!!!!!!!!) w 6 !
No tak,bez jaj, co to znaczy, że ginie Hans Kloss ? Pod koniec odcinka "Okrążenie" Brunner, z najbliższej odległości strzela w Klossa, na dodatek w brzuch ew. w serce...ale na stanowcze żądanie, podobno, górników (górnicy rulez ! Lepsi niż Misery...), autorzy spowodowali nie tylko zmianę lotu kuli Brunnera, tak, że na 2 metrach skręciła i tylko lekko drasnęła Klossa w głowę (malowniczy opatrunek w ostatniej scenie), ale dała :
- kolejne 9 odcinków teatralnych,
- 18 odcinkowy serial tv,
- 20 częściowy komiks i
- opasłe tomy przygód Klossa wydane w formie książkowej.

OLD SCHOOLOWA wartość AD 2015:

Jaka jest dziś wartość teatru sensacji "Stawka Większa Niż Życie" ? Na pewno nie ma on żadnego startu do kultowego serialu. Kręcąc film telewizyjny twórcy poprawili w zasadzie wszystko, jakość techniczną, dynamikę akcji, dialogi, grę aktorską, poczucie humoru.
Teatr nadaje się wyłącznie dla hardkorowych fanów Klossa, którym cały czas jest mało, którzy chętnie poznają zapomniane epizody (nawet jeśli są słabsze od kanonicznych) lub będą obserwować, jak scenariusze ewoluowały i sublimowwały (ale się mi napisało..).
Jako samodzielny produkt chyba by się nadzwyczajnie nie sprzedało (aczkolwiek kto wie), ale jako bonus do DeLuxe wydania zremasterowanego w HD (może nawet pokolorowanego jak Franek Dolas) serialu byłoby jak najbardziej comme il faut.
Tylko że TVP nie kwapi się do nowego wydania serialu. Wszędzie do kupienia jest ten sam prastary zestaw za ok. 100 złociszy, nie zrobiony na HD a nawet nie wiem czy z subtitlami czy dobrym komentarzem - dziś to już chyba raczej krytyków a nie twórców, bo w większości poumierali ostatnimi laty.Byle nie był to komentarz jakichś POPiSwskich postsolidarnościowych rumianków tłumaczących z mozołem, że Kloss to ruski agent z GRU, zdrajca i sowiet a Polacy powinni wielbić jedynie agenta CIA Jacka Stronga.

Za to TVP pracowicie ogranicza wolny dostęp do dóbr kultury, "wycinając" archiwalne Klossy z jutuba i trzeba nieco pomyszkować po necie, by je dopaść. :-/ Psy ogrodnika - nie wydadzą, ale na wszelki wypadek starają się odciąć innych od możliwości zapoznania się z OLD SCHOOLEM PRLowskiej pop kultury. Duży minus. Postaram się odrębnym wpisem skomentować takie zachowanie, i w ogóle zagadnienie swobodnego dostępu do OLD SCHOOLOWEJ pop kultury.



PPS.
W kolejnym wpisie dokonam porównania odcinek po odcinku  teatru "Stawka" z serialem.