sobota, 21 lutego 2015

Ekranizacje Lovecrafta - część 1

Dzisiaj chcę zająć się filmowymi adaptacjami twórczości H.P.Lovecrafta - arcymistrza literackiego horroru, w dużej mierze Ojca mariażu grozy i tematyki science fiction, za życia zapoznanego, popularnego jedynie w fanatycznym kręgu uczniów i wielbicieli, po śmierci obiektu nieustającego kultu.
Howard Phillips Lovecraft



O samym H.P.L. napisano już dziesiątki, ba setki opasłych tomiszcz (jego najpopularniejsza biografia to monstrualna, ponadtysiącstronowa cegła !), zatem odpuszczę sobie rozwlekłe wprowadzenia, historię życia, poglądy i analizę twórczości, skoncentruję się natomiast na opisie i analizie ekranizacji jego dzieł.
Rozpocząć trzeba od jasnego stwierdzenia - proza Lovecrafta stawia przed filmowcami ogromnie trudne zadania - tak bardzo jest odmienna od typowych "horrorów".
- Po pierwsze - Lovecrafta nic a nic nie obchodzi CZŁOWIEK. W jego opowiadaniach brak wyrazistych bohaterów, z całych sił walczących z monstrami i zagrożeniami, chroniących swe rodziny i bliskich przed koszmarem i na koniec, po wielkich zmaganiach ratujących świat. Narratory lovecraftowskich historii to z reguły świadkowie, obserwatorzy czającej się na marginesie znanego świata kosmicznej grozy, w najlepszym razie zdolni, przynajmniej przed końcem opowiadania, nie oszaleć z przerażenia. To świadoma decyzja artystyczna HPL - efekt tzw. "kosmicyzmu". Lovecraft ukazuje, że z perspektywy ogromu kosmosu Ziemia i zamieszkujące ją istoty to mikropyłek bez żadnego znaczenia. Mało to filmowe, przyznacie...
- Po drugie - konsekwencją braku zainteresowania człowiekiem jest brak zainteresowania uczuciami ludzi. Karty jego opowieści wypełniają więc starzy naukowcy i samotni marzyciele nie przejawiający żadnych banalnych, a koniecznych dla fabuły przygodowego horroru, uczuć, żadnych miłości itp. (Charakterystyczne, że w ok. 70 opowiadaniach Old Genta praktycznie wcale nie występują kobiety - tak naprawdę jedyny pierwszoplanowy żeński bohater to stara i szpetna czarownica Keziah Mason ze "Snó W Domu Wiedźmy", bo już Asenath Waite z "Rzeczy Na Progu" kobietą tak naprawdę nie jest...). Horror bez ładnej damsel in distress - też coś nie comme il faut, ne ces't pas ?
- Po trzecie - potęgą opowiadań Lovecrafta jest dojmujący NASTRÓJ wszechogarniającej grozy, dużo bardziej ważny niż fabularna akcja, która, obrana z tegoż nastroju upodabnia jego najsłynniejsze historie do japońskich filmów o Wielkich Potworach (tzw kaiju movies - o których też planuję coś szkryfnąć). A przecież ekranizacja prozy HPL to ma być HORROR a nie przygodowy film dla dzieci o Godzilli.

Mimo tych trudności rozkochani w HPL (albo tylko mający nadzieję za szybki zarobek na popularnym autorze...) filmowcy podejmowali rozliczne próby ekranizacji jego dzieł.
Tutaj jeszcze jedna uwaga : filmy lovecraftowskie podzielić można na "bezpośrednie" - takie, które stanowią ekranizację konkretnych opowiadań i takie, które wyłącznie inspirowały się twórczością, mitologią, klimatem prozy Lovecrafta.

Pierwsza fala filmów lovecraftowskich przyszła z latami pięćdziesiątymi - z rozkwitem kina science fiction, najczęściej horroru sf. Była to również fala tylko "inspirowana" Lovecraftem, nawiązująca do niektórych jego pomysłów, sam Old Gent jeszcze czekał na masowe odkrycie, zatem jego nazwisko nie było jeszcze wystarczającym magnesem dla publiczności kinowej

Pierwszy film, na który warto zwrócić uwagę to amerykański "The Thing"  z 1951 roku :
Film, opowiadający o perypetiach amerykańskich polarników walczących z odmrożonym najeźdźcą z kosmosu, próbującym zaatakować i zniszczyć wolną ludzkość cieszy się w świecie miłośników starego sf i horroru nieco, w mojej ocenie, niezasłużoną sławą. Historia nakręcona w mocno propagandowej, zimnowojennej potrzebie (przybysz jako metafora Ruska), bez odpowiedniego klimatu.
I tu ciekawa historia - film powstał jako ekranizacja opowiadania....jakiegoś Campbella ? pt "Who Goes There?". Gdzie tu Lovecraft ?. Otóż - tenże Campbell to pulpowy pisarzyna sf/horroru, który w latach 30tych publikował na łamach m.in. "Astounding Tales", takiego magazynu pulpowego. Tam właśnie ukazała się jego historia o odmrożonym kosmicie. Trzeba trafu, że parę lat przed opowiadaniem tegoż Campbella "Astounding Tales" wydało w trzech kolejnych numerach legendarną minipowieść HPL - "W Górach Szaleństwa". No i miłośnicy Lovecrafta już są w domu...tak, to w "Górach Szaleństwa" pojawia się ekspedycja arktyczna, która znalazła zamarzniętą, dziwną istotę, która po odmrożeniu wymordowała polarników... 
"W Górach Szaleństwa" zawiera znacznie więcej treści niż ta, dość błaha, fabułka sensacyjna, ale i dla Campbella wystarczyło i dla filmowców.













imdb       7.3
filmweb  6.4
Galfryd   5

                                                                      *

W Wielkiej Brytanii z kolei znakomity scenarzysta telewizyjny Nigel Kneale napisał cykl świetnych lovecraftowskich horrorów o prof Quatermassie walczącym z próbami inwazji ziemi z kosmosu. Najpierw telewizja brytyjska nakręciła bardzo dobry serial - a następnie legendarna wytwórnia Hammer przeniosła serial do kina, kręcąc w lata 1954 - 1967 trzy znakomite filmy :


"Quatermass Xperiment" (1954),

Trzymajacy w napięciu horror opowiadający o kosmonaucie, który po powrocie na ziemie, opanowany w kosmosie przez obcą formę życia, wchłania w siebie spotkane na Ziemi życie, stopniowo mutując w dziwaczne blobopodobne monstrum, 


imdb       6.8
filmweb  6.8
Galfryd   8


Dwa lata późniejszy "Quatermass 2 : Enemy From Space" (1957) - rewelacyjny film opowiadający o podstępnym przejęciu przez kosmitów leżącej n a uboczu fabryki i produkowaniu w niej, no, jakby nie patrzeć, lovecraftowskich shoggothów


imdb       7.0
filmweb  6.7
Galfryd   10 !!!!!


I w końcu "Quatermass And The Pit" z 1967 roku - ostatni z serii, o śladach dawnej, kosmicznej cywilizacji, odkrytych w Londynie przy remoncie metra (może w Warszawie coś by znaleźli ?)




naukowcy odkryli zwłoki Obcego - wizualny Lovecraft w całej krasie
imdb      7.2
fimweb  5.8
Galfryd   6

                                                                              *

Włoskie kino również zmierzyło się z tematem - w roku 1959 na ekrany wszedł, wyreżyserowany przez samego Mistrza Mario Bavę film "Caltiki - Il Mostro Immortale", gdzie również występuje shoggothopodobne, pradawne amorficzne monstrum rodem z kart książek HPL.


imdb       6.0
filmweb  6.2
Galfryd   7

                                                                                 *

Prawdziwe ekranizacje prozy HPL przyszły wraz z rosnąca popularnością Lovecrafta jako pisarza.

W kręconym w latach 1960 - 1963, absolutnie genialnym cyklu adaptacji opowiadań E.A.Poego reżyser - wielki Roger Corman nabrał ochoty na przestawienie widzom również Lovecrafta. W 1963 roku powstał rewelacyjny film  "The Haunted Palace", którego tytuł pochodził z wiersza Poego, a fabuła była bardzo udaną adaptacją minipowieści "Przypadek Charlesa Dextera Warda". Jedna z relatywnie najbardziej wypełnionych akcją nowel HPL, opowiadająca historię czarownika, który oszukując śmierć wcielił się w swego późnego potomka, by dalej szerzyć zło, z akcją osadzoną w XIX wiecznej przeszłości nadawała się idealnie do adaptacji - i film Cormana, z jak zawsze świetnym Vincentem Price w roli Charlesa Warda jest do dziś jedną z najlepszych adaptacji prozy HPL na ekran.
Dla zainteresowanych - cały film jest do obejrzenia na jutubie.


imdb       6.8
filmweb  7.2
Galfryd   8



Dwa lata później podjęto próbę sfilmowania chyba najstraszniejszej opowieści HPL - "Koloru Z Przestworzy". Niestety, opowieść o tajemniczej kosmicznej sile życiowej, która spadłszy na Ziemię w meteorycie wysysa powoli życie z całego otoczenia została w filmie "Die Monster Die"  (1970) tak bardzo i tak bez sensu pozmieniania, że powstało dość przeciętne straszydło. Wolałbym jej nie polecać nikomu z wyjątkiem lovecraftowskich hardkorów, by nie zniechęcić.
Wartość dodana filmu to Boris Karloff w jednej z głównych ról



Wartość dodana filmu to Boris Karloff w jednej z głównych ról :












imdb        5.6
filmweb  5.4
Galfryd   6   (ale to z miłości do Lovecrafta i uwielbienia dla Karloffa)



Mineły kolejne trzy lata i w Anglii, z królewską wręcz obsadą (znowu Karloff, Christopher LEE i Barbara Steele!) nakręcona została luźna adaptacja "Snów W Domu Wiedźmy", zatytułowana "Crimson Cult" (ew. "Curse Of The Crimson Altar"). Jak zwykle, trzeba się wręcz wysilić, by rozpoznać motywy z opowiadania HPL, o siebie czegoś więcej scenarzysta i reżyser dodać nie potrafili, wypadło więc mocno przeciętnie.


No, ale miłośnik kina grozy dla samej obsady obejrzy...

Barbara Steele w "Crimson Cult"
imdb        5.4
filmweb   5.6
Galfryd    6 (jw. obsada i HPL podciągają ocenę ogólną)


Ostatnim z nakręconych wtedy filmów opartych o proze HPL jest "Dunwich Horror" z roku 1970. Ło...że tak napiszę - opowiadanie jest, jak na HPL bardzo dynamiczne. Może jedyne, gdzie bohaterowie podejmują magiczną i wręcz fizyczną walkę  z zagrożeniem z kosmosu. Ale też wierna ekranizacja powieści o "niewidzialnej Godzilli" (tak można by złośliwie streścić akcję opowiadania) wymagałaby sporych środków technicznych i wielkiego wyczucia stylu u reżysera. Ekranizacja z roku 1970 niestety nie miała ani jednego, ani drugiego, Wielcy Przedwieczni zastąpieni zostali przez hippisowskie przyśpiewki, nastroju niewiele. No, niska strefa stanów średnich. Tylko dla fanatyków.


imdb       5.4
filmweb  5.3
Galfryd   6   (tylko dla HPL)



Lata siedemdziesiąte były dla ekranizacji HPL praktycznie stracone. Temat powrócił dopiero w 1979 roku, kiedy na ekrany kin wszedł najwybitniejszy chyba film inspirowany HPL - "Alien", Ale o tym napiszę w kolejnym wpisie, bo już ten mnie swą długością przeraża. 

wtorek, 10 lutego 2015

Black Sabbath - Dio years

Wraz z końcem lat  70 kończyła się kariera muzyczna Black Sabbath. I to kończyła się brzydko. Końcowe albumy z Ozzym - „Technical  Ecstasy” i „Never Say Die” są fatalne, najgorsze w całej dyskografii zespołu. Nieudane ukłony w kierunku a to pop, a to prog rocka (w końcówce lat 70tych!), nędzne melodie, jakieś dęciaki (sic!)...liche, blade i bez smaku – jakby z jednej torebki herbaty ekspresowej zrobić cały dzbanek naparu.Tak naprawdę to wstyd muzykę zawartą na tych przykrych płytach nazywać heavy metalem. 
I nie ma co zwalać na Ozika – to nie on odpowiadał za jakość muzy Sabbathów. To ślepa uliczka, w którą zabrnął wówczas Tony Iommi.
I całkiem możliwe, że kariera Black Sabbath by dobiegła wtedy końca, gdyby nie Ronnie James Dio.
Ronnie James Dio w epoce "Heaven And Hell"

Dio właśnie zakończył współpracę z Ritchie Blackmorem i jego Rainbow i szukał nowych wyzwań. Zastąpić Osbourne’a w Black Sabbath, no, to faktycznie było wyzwanie ! Efekty okazały się spektakularne i do tego potężniejące z upływem czasu. To bardzo rzadka sprawa, by zastępując postać tak popularną, jaką był Ozzy, wręcz symbol grupy, osiągnąć coś wartościowego, coś nowego. Dio swymi płytami z Black Sabbath zapisał się złotymi zgłoskami w historii rocka.


Dołączenie Dio do Sabbathów dało grupie nowy impuls, radykalnie ją odmieniło, odświeżyło muzykę, przygotowało na udane „starcie” z NWOBHM. Sabbath unowocześnili brzmienie, odzyskali siłę, ciężar i metalową, że tak to ujmę, wiarygodność.
Trudno ocenić, ile w tym udziału samego Ronniego. Niby z jednej strony to nie on był głównym kompozytorem – muzyka nadal leżała w kompetencjach głównie Iommiego, z drugiej jednak strony trzeba zauważyć, że „nowy” Sabbath bardziej przypominał Rainbow z epoki Dio niż samych siebie z czasów „Never Say Die”. Więcej, kiedy Dio odszedł na  swoje i kontynuował granie pod własnym szyldem, to on, dużo bardziej niż kapela Iommiego, brzmiał jak Sabs epoki "Mob Rules" !
W mojej ocenie Ronnie James Dio odkąd porzucił pitulenie w Elfie i dołączył do Rainbow, cały czas grał „swoją” muzykę. A to, że był w stanie do tej muzyki nakłonić takie postaci jak Blackmore czy Iommi, no, to tylko świadczy o jego wielkości.

Obie nagrane z Ronniem płyty Sabsów – „Heaven And Hell” i „Mob Rules” to pozycje klasyczne, jak już napisałem, z upływem czasu coraz bardziej kanoniczne i epokowe w historii metalu. 
Popularne, chętnie słuchane i kupowane były od razu, ale na początku pokutowało jeszcze to powiedzenie „Sabaci to tylko z Ozim”. Ale w muzykę wchodziło nowe pokolenie wielbicieli ostrego rocka, dla którego brzmienie Sabbath z Dio było czymś naturalnym. Dla mnie Sabaci zaczęli się od „Turn On The Night” i „Voodoo” słuchanego w „Trójce”. A potem do tego doszły „Mob Rules” i genialny, epicki „Sign Of The Southern Cross” z powalającym swym ciężarem riffem.Przy „Over And Over” tańczyłem na dyskotece (tak ! 30 lat temu na dyskotekach grali Black Sabbath !) ze swą pierwszą dziewczyną, no a jak przyszło mi usłyszeć „Falling From The Edge Of The World”…to kolana się pode mną ugięły z zachwytu. Najpierw delikatnie, potem niewiarygodny ciężar smolistego riffu, a potem dziki gon głównej części. Jeden z najwspanialszych, zapoznanych a tak naprawdę nigdy niedocenionych kawałków w historii heavy metalu. I to wszystko na wspaniałym „Mob Rules” !

A rok wcześniejszy ‘Heaven And Hell” ? Równie wielki. Szybkie, elektryzujące „Neon Knights” i obłędny „Die Young”, mocarne i ciężkie „Children Of The Sea”czy tytułowy „Heaven And Hell” od dekad rozjaśniają historię Sabbathów i całego metalu.

Współpraca Ronniego i Black Sabbath zakończyła się szybko, ale wspaniale – nagraniem dwupłytowego „Live Evil”, pierwszego z prawdziwego zdarzenia koncertu Sabbathów, gdzie z równą swoboda zespół zagrał nowe hity jak i Osbournowe klasyki, po nowego zinterpretowane przez Dio.
Zaraz potem Dio „poszedł na swoje”, a o jego debiutanckiej płycie „Holy Diver” (kolejny megaklasyk w historii metalu) przez pewien czas mówiło się jak o nowej płycie …Sabbathów.
Ścieżki Panów przecięły się po dekadzie. Kariera Black Sabbath leżała w zasadzie w gruzach po serii boleśnie przeciętnych hard rockowych płyt nagranych z Tonym Martinem na wokalu, Ronnie też zabrnął w ślepy zaułek, najpierw praktycznie rozwiązując swój zespół, a potem nagrywając z dość przypadkowymi muzykami ciężką jak Sabbath, ale zaskakująco nudną „Lock Up The Wolves”.
„Nowa” płyta Black Sabbath” Mk 2 – „Dehumanizer” nie spotkała się z nadzwyczajnym przyjęciem – tez jej zarzucano, że nieciekawa, nie inspirująca, że monotonnie powtarzająca znane panom patenty…no nie wiem. Tj. wiem, bo mnie się ona od zawsze szalenie podoba. Jest na niej to wszystko, co ukochałem w mariażu Iommiego, Butlera, Appica i Dio – szczery, prawdziwy, piekielnie ciężki heavy metal rock. „Buried Alive”, „I”, „Sins Of The Fathers” to rewelacyjne kawałki.

Drugie połączenie rozpadło się z wielkim hukiem, kiedy okazało się, że Iommi i Butler na boku romansują z odnoszącym nieustające sukcesy solowe Ozzym nad jakimś “reunionem” klasycznego line upu. Dio potraktował to jako zdradę, natychmiast z awanturą opuścił zespół i w gniewie nagrał dwie, radykalnie ciężkie i „nowoczesne” płyty solowe – „Strange Highways” i „Angry Machines”. Dopiero po tych albumach złość mu przeszła i wrócił do swojego klasycznego grania.(nb -  z reunionu Sabbathów  wtedy nic nie wyszło...)
Do trzech jednak razy sztuka – i po kolejnych bodaj 15 latach Ronnie i Sabsi spotkali się jeszcze raz. Miało to miejsce już po, w końcu dokonanym połączeniu sił Ozziego i Sabbath (i koncertowym tego efekcie – double livie „Reunion”...), zatem, by wciąż nie mieszać fanom w głowach, nadto w uznaniu klasycznego statusu, jaki przez dekady nabrało ich wspólne granie, przyjęli nazwę pierwszej wspólnie wydanej płyty – „Heaven And Hell”. Kapela ruszyła w znakomitą trasę koncertową po świecie, nagrała z tej trasy koncertowe DVD, double liva oczywiście a na koniec nową (jak się okazało, pożegnalną…) płytę „The Devil You Know”.

Jej odbiór był podobny do „Dehumanizera”. Recenzje raczej chłodne, zarzuty nudzenia, braku ciekawych pomysłów, wtórności. Osobiście jeszcze raz się nie zgadzam. Płyta jest wspaniała – typowa dla H&H, wypełniona ciężkimi riffami, wspaniałymi melodiami i niezmiennie zachwycającym głosem Dio.
Może by się Panowie jeszcze raz zeszli, niestety, z początkiem 2010 roku Ronnie James Dio zmarł, pozostawiając w żalu swych fanów i ostatecznie kończąc historię zespołu, który, najpierw będąc Black Sabbathem, ostatecznie nazwał się „Heaven And Hell”.



piątek, 6 lutego 2015

Wzywam 07..część 2

Po ogólnym wpisie nt. kryminału milicyjnego w PRL pora na krótkie przedstawienie opowiadań wchodzących w zakres wznowionego przez Vesper wyboru. Obok zarysu fabuły podam też tzw. wskaźnik propagandy; opowiadania milicyjne, jak już pisałem, były tworem PRLowskiej propagandy, gdzie sławiło się Polskę Ludową i rozwój socjalistycznej ojczyzny w ogólności, a sprawność i skuteczność aparatu milicyjnego w szczególności. Opowiadania pogrupowałem autorami, nie wydaniem - jeśli ktoś będzie chciał kupić zbiorek, powinien nabyć całość kolekcji


Andrzej Szczypiorski - Wyspa Czterech Łotrów

Największe chyba nazwisko w całej serii "ewek". Chyba nieźle płacono za opowiadania do serii, i pewnie Szczypiorski był na finansowym musiku, że się zdecydował na publikację "Wyspy". Ale też zamiast zajmować się zadaniami propagandowymi, olał to kompletnie i zabawił setnie, pisząc pastisz amerykańskiego filmu sensacyjnego, gdzie po ulicach Krakowa konkurencyjne gangi wszczynają co i rusz strzelaniny w usiłowaniu zamordowania spadkobierców chicagowskiego bogatego gangstera, z pochodzenia Polonusa.

Jerzy Edigey - Szkielet Bez Palców, Tajemnica Starego Kościółka
Edigey to jeden z tuzów powieści milicyjnej, ale omawiane opowiadania wyszły mu nader przeciętnie. Tj. od strony pomysłu na przestępstwo jest naprawdę dobrze, "Szkielet" to jakby zapowiedź megapopularnego teraz "Gniewu" Miłoszewskiego (pisałem, że źródło dzisiejszych sukcesów tkwi w Old Schoolu), oprata o to samo założenie fabularne - odnalezienie szkieletu, który z początku wydaje się pozostałością z wojny a po bliższym badaniu świadectwem nieodległej zbrodni. Z kolei "Tajemnica kościółka" za temat ma zuchwałe i udane włamanie do Muzeum Śląskiego we Wrocławiu (oba opowiadania toczą się we Wrocławiu i mają wspólnego bohatera, mjr MO Krzyżewskiego) - być może dalekie echo inspiracji "Bezcennego" :-). Ale literacko !!! Sapristi ! Drętwe, sztywne, "reporterskie" relacje ze śledztw milicyjnych, praktycznie afabularne, opisujące drobiazgowo działania aparatu MO, nieuchronność jego działań, znakomitą organizację pracy instytucji - i, generalnie prymat Kolektywu MO nad zdolnościami indywidualnymi śledczych. Ale ciekawej akcji fabularnej nie uświadczysz. Na plus nieźle oddany koloryt PRL



Barbara Gordon - Dolina Nocy, Bez Atu, Błąd Porucznika Kwaśniaka

Twórczość Barbary Gordon reprezentowana jest przez aż trzy, bardzo różne, opowiadania.
najbardziej kuriozalna jest "Dolina Nocy". Z jednej strony to wręcz soc-realistyczna agitka, z drugiej zaś najefektowniej fabularnie spleciona opowieść. Śledztwo dotyczące serii włamań do pustych domów jet pretekstowe, treścią noweli jest splot losów trzech ludzi i towarzyszący temu dramat. Jest miejscowy komendant MO, jego sztywny, formalistyczny zastępca, jest w końcu młodociany przestępca, którego zaczyna gryźć sumienie. Każda z postaci ma własną historię, komendant brata - "żołnierza wyklętego", zastępca żonę- narkomankę, która zaćpała się (a pewnie została zamordowana) przez krwiożerczych hippisów (!), skruszony włamywacz złego przeciwnika  w szajce. Propaganda hardcorowa, w czytaniu ciężkie, ale muszę przyznać, że finałowy splot losów bohaterów zrobił duże wrażenie.
"Bez Atu" jest chyba najsłabsze. Również tu wątek kryminalny zepchnięty jest na drugi plan przez opis rozpadu więzi w "nowoczesnej" rodzinie epoki Gierka. Z działań propagandowych mamy krytykę zachodniego bezrefleksyjnego konsumpcjonizmu (co by teraz Gordon napisała, jak ona WTEDY krytykowała konsumpcjonizm ?)
"Błąd Porucznika Kwaśniaka" jest praktycznie pozbawiony elementów propagandowych. I dobrze. Na plan pierwszy wysuwa się tajemnica zaginięcia  kustosza muzeum w niewielkim mieście. Kustosz miał dużo młodszą żonę, ta w zasadzie oficjalnego kochanka (tak - powieść opisuje regularne "menage a trois"!). Kustosz miał zaś pieniądze - amatorsko bowiem handlował i kolekcjonował dzieła sztuki. Śledztwo wyjawia coraz więcej tajemnic zaginionego kustosza, znajomych sąsiadów, adwokatów, handlarzy dzieł sztuki, w końcu przyciśnięty przez MO kochanek młodej żony przyznaje się do zabójstwa...ale to dopiero początek historii. Dobre, nieźle zaplecione opowiadanie, mogłoby stanowić podstawę dobrego odcinka 07.

Helena Sekuła - Siedem Diabłów Dziadka Osiornego, Ślad Rękawiczki

Helena Sekuła - w mojej ocenie królowa kryminału milicyjnego. Sama, była milicjantka (oficer prasowy warszawskiej MO, o ile pamiętam), postanowiła w pewnym momencie, że woli pisać fikcyjne fabuły. No i robiła to naprawdę dobrze. Oba opowiadania mają nerw, tempo, ciekawą, wielowątkową akcję (specjalnością Sekuły są "piętrowe" przestępstwa - w ramach jednej opowieści mamy np., morderstwo, sutenerstwo, malwersacje finansowe, szantaż, narkotyki - wszystko splecione w jeden efektowny węzeł fabularny). Postaci w powieściach Sekuły są, jak na standard milicyjny, zaskakujące żywe - i to zarówno przestępcy jak i milicjanci. No a już "Ślad Rękawiczki" to prawdziwa perła zbiorku Vespera - znakomite opowiadanie, znane widzom serialu "07" -odcinek oparty o fabułę tego opowiadania jest jednym z lepszych i drapieżniejszych w całej serii

Witold Szymanderski - Spokojne Uzdrowisko, Ekspedycja

Witold Szymanderski starał się pisać "po zachodniemu". Z nienajgorszym efektem w sumie. Oba opowiadania, w sumie dość podobnie skonstruowane, zlokalizował w małych miejscowościach, zakreślił dość wąski krąg podejrzanych, wrzucił w akcję morderstwo, a następnie, analizując zarówno motywy jak i postępowanie poszczególnych osób, prowadził opowieść.
Czasami mniej uważny czytelnik może się nieco w gąszczu wątków i wydarzeń zagubić, ale co do zasady napisane jest nieźle i daje chwilę dobrej zabawy. Aha, elementów propagandowych brak.

Jerzy Siewierski - Zaproszenie Do Podróży, Opowieść o Duchach I Gorejącym Sercu

Last but not least - Jerzy Siewierski. Już w czasach PRL jeden z moich faworytów, jeden z pierwszych też w powojennej Polsce popularyzatorów weird fiction (zbiór opowiadań niesamowitych i powieść grozy !), wcześniej pisarz kryminałów. Lubiłem Siewierskiego nie tylko za tematykę, on dobrze pisał, miał ciekawe pomysły i sprawne pióro.
Dlatego też "Zaproszenie Do Podróży" jest wręcz szokujące. Nawet nie chodzi i główny wątek fabularny - całkiem ciekawy (nawet jeśli przewidywalny) i odpowiednio dramatycznie zakończony, ale o to, że opowiadanie służy głównie wylaniu całego jadu, żółci (to z Miłoszewskiego), nienawiści i pogardy autora do hippisów. Brudasy, nieroby, pieniędzmi bogatych rodziców rozpieszczeni, nie wiadomo czego chcący (na zachodzie to tak, to krytykują konsumpcjonizm, ale w PRL ? Kraju spokoju, ładu i skromnego dobrobytu?). Nie to, żeby mnie hipy kręciły, jako metal sam nimi pogardzałem (teraz mi wstyd), ale taki ładunek nienawistnej propagandy w opowiadaniu milicyjnym jest niestrawny.
Za to "Opowieść o Duchach" jest chyba najlepszą historią w całym zbiorku. W trakcie seansu spirytystycznego zamordowana zostaje gospodyni-medium. Ale jak ? mimo całego nieprawdopodobieństwa jedynym wytłumaczeniem wydaje się uznanie, że za morderstwo odpowiedzialne są...duchy ! No, brawo ,brawo, znakomicie spisana opowieść, w jej tle brutalny napad rabunkowy i podwójne morderstwo - intrygujące rozwiązanie (nawet jeśli trochę naciągane). Siewierski odrobił straty wywołane paskudnym "Zaproszeniem".

No i to tyle. Trzy tomy - 12 opowiadań. Poziom od średniego do świetnego. Jak na serię "Ewa Wzywa 07" to nawet dobrze.
Brak wielkich wtop, z tych dobrych na pierwszy plan wybijają się "Opowieść O Duchach" i "Ślad Rękawiczki". Do tego Edigey anonsujący fabularnie nowego Miłoszewskiego. Warte polecenia - głównie miłośnikom klimatu PRL, ale też kryminału w ogólności.

Lubimy czytać   - pomiędzy 5.57 a 6.0
Galfryd      - no, z uwaględnieniem sentymentu do PRL, 7/10

środa, 4 lutego 2015

Budka Suflera i kobiety


Budka Suflera po rozstaniu z Cugowskim została nieco na lodzie. Z jednej strony zabrakło charyzmatycznego wokalisty o niezwykłej barwie i ogromnych możliwościach wokalnych, z drugiej jednak, i to może jeszcze ważniejsze, coś w chłopakach pękło. Ich awangardowe poszukiwania, śmiałe próby łączenia hard rocka z rockiem progresywnym niby przyniosły im zasłużoną popularność, ale, zdaje się, nie tyle pieniędzy i uznania, ile by (a zwłaszcza Romuald Lipko) chcieli.
Nadto Lipko musiał zaobserwować u siebie ogromną łatwość komponowania chwytliwych melodii, zgrabnych piosenek. Pewnie, nijak się ta umiejętność miała do ambicji „wczesnej” Budki, no ale jak już nie było w grupie rockowego „Cuga” to może by złagodzić ?
Zespół zaczął szukać nowego wokalisty. Podobno próbował z nimi Stanisław Węglorz – obdarzony głosem niewielkim a nadto strasznie delikatnym. Jakoś się nie sprawdził, zatem kolejny był Romuald Czystaw (coś na Lubelszczyźnie popularne imię było ten Romuald…). Też nie jakiś mocarz wokalny, tez o niewielkiej skali czy sile śpiewu, ale na tyle charakterystyczny, że przypasował do „nowej” Budki. W sumie nagrali razem 3 płyty (Budka Suflera do pierwszej – „Na Brzegu Światła” się nie bardzo chce przyznać, w sumie słusznie, ale OldSchoolowo przyjdzie czas na nią na blogu :-)), niemniej wciąż w Lipce był ogrom „wolnych mocy przerobowych” i potrzeba pieniędzy i sławy.
I wtedy ktoś wpadł na genialny pomysł – Budka może akompaniować solowym wokalistkom popowym ! Lipko będzie komponował, grupa grała, laska śpiewała, a radio grało na okrągło.
Na pierwszy ogien poszła wielka gwiazda – bardzo popularna Anna Jantar. Z dorobkiem, z własnymi przebojami, z mężem kompozytorem, tak, że było to dla Lipki spore wyzwanie.


Poradził sobie świetnie –  i napisał dla Jantarki megahit „Nic Nie Może Przecież Wiecznie Trwać”


Dobre, naprawdę! Szybkie tempo, molowy, dość dramatyczny nastrój, doskonale napędzające muzykę syntezatorowe (chyba) smyki – to był duży przebój, w pół drogi pomiędzy melodyjnością popu a drapieżnością rocka. I bardzo mi się już wtedy spodobał, podoba zresztą do dziś.
Obiecującą współpracę z Anną Jantar zakończyła katastrofa na Okęciu, w której piosenkarka zginęła. Ale pomysł w Lipce nie wygasł.

W 1980 przecięły się drogi Budki i młodej, startującej do sławy, śpiewającej aktorki – Izabelli Schutz (za chwilę Trojanowskiej). No i się zaczęło ! :


Trojanowska w Opolu to było Zjawisko. Ubrana w męski garnitur, lodowato piękna, z charakterystyczną fryzurą w „pazurki” i niskim, tajemniczym głosem, a do tego naprawdę świetne kompozycje Lipki. W Polsce nastała (i mnie tez dopadła) Izomania. Hit za hitem, jeden lepszy od drugiego. Połączenie świetnych melodii, rockowej ekspresji i drapieżnego image’u Trojanowskiej uczyniło z niej zjawisko – i jedną i ikon Złotego Okresu polskiego rocka.
Z zabawnych wspomnień, widząc „teledysk” do piosenki „Tydzień Łez”, w którym z policzka Izy płynie okrutnie sztuczna glicerynowa łza byłem przekonany, że ona naprawdę płacze :-).

Ale pal sześć ten „Tydzień”, płytę, którą wkrótce Trojanowska i Budka wydali („Iza”) zdominowały utwory szybkie i dynamiczne (chociaż poniżej zamieszczone "Sobie Na Złość" jest plagiatem z "Call Me" zespołu Blondie - trochę wstyd dla Lipki...)

Nawet potencjalna ballada, „Jestem Twoim Grzechem”, była mroczna i ponura, żadnych przesłodzeń i delikatności.
Współpraca nie trwała długo, Trojanowska poszła swoją drogą (kiedyś parę słów napiszę) a Budka, rozstawszy się się na dodatek z Czystawem, który wyjechał do USA, zaczęła wyglądać nowej dziewczyny.
I tak, w roku bodajże ’82 pojawiła się na scenie Urszula Kasprzak, a dokładniej - URSZULA.

Efektowna, bardzo ładna, ostrym,  jeszcze drapieżniejszym niż Trojanowska imagem nadrabiająca braki wokalne (głosik to Urszula miała zawsze cieniutki.).
Początek był bardziej niż obiecujący - przypominający trochę epokę Trojanowskiej puszczoną przez filtr new wave, ostry, przebojowy kawałek : "Fatamorgana 82",


Potem przyszły kolejne świetne utwory : "Bogowie I Demony", "Totalna Hipnoza",  czy wolniejszy, ale pełen napięcia "Luz Blues...". Niestety, (dla mojej nastoletniej, spragnionej ostrego rocka, percepcji) w kolejnym etapie pojawiła się katastrofa - "Latawce, Dmuchawce, Wiatr". Wiem - MEGAHIT., GIGAPRZEBÓJ, gdyby nie komuna to już wtedy Lipko by wyżenił te miliony, co to je dopiero na "Takim Tangu" zarobił, ale dla rockmana (rockfana) to jest niesłuchalny, wysłodzony  syf. Dżizzzzz, nie wiem, co gorsze, wulcowska melodyjka czy koszmarny tekst.
Sytuacji nie poprawiły produkowane seryjnie niepoważne banały w rodzaju "Michelle Ma Belle", "Polka Idolka", "Rodezja Finezja" itd.
Drugą płytę promowała kolejna słit focia - "Malinowy Król" (nota bene, ponownie balansujący na granicy plagiatu, tym razem z Mike Oldfielda)
W sumie Budka z Urszulą wydali aże trzy płyty, pierwszą wydając jeszcze w trakcie trwania Złotego Wieku Polskiego Rocka, kolejne w kryzysie artystycznym połowy lat 80tych - ja już ich jednak nie słuchałem, więc i uwagi tutaj poświęcać nie będę.

Powrót do Budki Cugowskiego w 1983 i tak zmienił układ sił, granie z Urszulą stało się od tego chwili side projectem zespołu i straciło na artystycznym znaczeniu.

niedziela, 1 lutego 2015

2015 New School - Ziarno Prawdy (film) - znakomita ekranizacja !

"Ziarno prawdy" to świetna powieść. Wystarczyło zatem "tylko" przenieść ją jak najwierniej na ekran, by zrealizować świetny film.

Napisać jednak łatwiej, niż zrobić. Na filmowca czai się bowiem przy filmowaniu książki wiele pułapek. A to fragmenty, które się dobrze czytają kiepsko wyglądają, a to jakieś ważne dla akcji wydarzenia rozgrywane są w umyśle bohatera (jak to pokazać), a wymogi,producenta, sponsora, odmienne wizje reżysera i autora....wystarczy przypomnieć sobie klęskę pierwszej ekranizacji prozy Miłoszewskiego - "Uwikłanie". Brrrrr...
No, ale tym razem reżyser Borys Lankosz zapowiedział ścisłą współpracę z autorem powieści, i wierne trzymanie się pierwowzoru. Jak zapowiedział, tak zrobił, otrzymaliśmy zatem (my, miłośnicy Miłoszewskiego :-) to, na co mieliśmy nadzieję i o czym marzyliśmy.
Film jest, BARDZO wierny książce, Zmiany scenariusza, relatywnie niewielkie i bez wpływu na główny wątek filmu, mają na celu jedynie wizualne uporządkowanie niektórych wątków, skondensowanie pomysłów i, kiedy to konieczne, zastąpienie językiem filmu niektórych monologów wewnętrznych Szackiego.
Wszystko wygląda na ekranie jak pierwszorzędna produkcja dorosłego Hollywood. Znakomite zdjęcia, muzyka, świetna obsada (znakomity casting - Trela czy Walach to ożywione postaci z książki, no a epizody - Poniedziałek czy maestro Jakubik - palce lizać). Największym znakiem zapytania  był Więckiewicz w roli Szackiego. OK - aktor bardzo dobry, ale jakoś nie kojarzył się dotąd z ostentacyjną elegancją czy wielkomiejskim seksapilem powieściowego Szackiego.

Ale Więckiewicz wygrał w wielkim stylu - to jest nie tyle bardzo dobry aktor, co aktor wybitny - i pewnie, jak by mu kazać zagrać zsiadłe mleko, to też by dobrze wypadł.
Jego Szacki jest jeszcze ostrzejszy, bardziej arogancki i zdecydowany niż w powieści, wygląda i zachowuje się rewelacyjnie i,  ile podczas lektury "Ziarna Prawdy" oczyma wyobraźni widziałem Michała Żebrowskiego w roli Szackiego, tak teraz, czytając "Gniew" widzę już Więckiewicza.
Inna sprawa, że Lankosz oszczędził Szackiemu nadmiernych podbojów erotycznych. Nie dość, że z filmu wyleciała sędzia Tatarska (i słusznie, chyba najgłupszy fragment powieści, napisany tylko dla uciechy autora, bo bez sensu dramatycznego), ale i cały romans z Basią Sobieraj (trochę szkoda, zwłaszcza potrzebnej fabularnie sceny ze starym Sobierajem). Filmowy Szacki jest bardziej skoncentrowany na zagrywce z mordercą., trzymający się głównego nurtu opowieści.
Na pochwałę zasługuje zastąpienie ksiązkowego "dzownienia w głowie" fajną sceną w szpitalu, kiedy to Szacki orientuje się, że , jak mu to mówił Wilczur - "Pan się myli, panie prokuratorze"

Film unaocznił też niestety jeszcze wyraźniej niż lektura, dwie spore wady fabularne "Ziarna Prawdy" :
- całkowicie niewiarygodną przez swe niedbalstwo identyfikację drugiej ofiary - to jest WIELBŁĄD fabularny. Mam pomysły na jego podpudrowanie, zamaskowanie, ale Lankosz ich nie miał i gołym okiem widać absurdalność wątku drugiej ofiary,
- niewiarygodność sytuacyjną zerwania Szackiego z Klarą. Wolny facet ok. 40 tki w namiętnym NIEZOBOWIĄZUJĄCYM romansie z 25latką zrywa bo ON (!) nie widzi perspektyw ? Że by to ona chciała : ślubu, dzieci, wspólności majątkowej, no to może jeszcze, ale nie, to jest tak a propos niczego !

Niemniej pomimo tych dwu błędów fabularnych film jest znakomitym widowiskiem i zabawą na najwyższym światowym poziomie. Gorąco polecam nieznającym prozy Miłoszewskiego (znającym polecać nie muszę - wszyscy obejrzą na Bank)



imdb       7.5
filmweb  7.3
Galfryd   9/10

środa, 28 stycznia 2015

Dwupłytowe hard rockowe albumy koncertowe

Rzeczą charakterystyczną dla OLD SCHOOLOWEGO hard rocka lat 70-tych były dwupłytowe albumy koncertowe.
Dziś gatunek ten - album koncertowy, jest w totalnym zaniku - zastąpiony płyta DVD z obrazem i dźwiękiem 5.1.
Ale tan naprawdę album koncertowy podupadł już w latach 80tych - w momencie, kiedy jedyne, co mieli do zaoferowania wykonawcy podczas koncertu, to jak najwierniejsze odtworzenie wersji z płyty studyjnej.
Koncertowe albumy hardrockowe lat 70tych to płyty jak najbardziej autonomiczne, gdzie liczył się wybór poszczególnych kawałków oraz ich wykonanie.
I tak,
- kapele z zasady na koncerty wybierały najostrzejsze numery,
- które były grane znacznie ostrzej, niż w wersjach studyjnych i
- były często gęsto okraszane zmianami aranżacji, solówkami instrumentalnymi itp.
Jakoś kapele prog rockowe nie zagustowały w double livach - prog rock z założenia nie był nastawiony na koncertowe zaostrzanie brzmienia czy wybór co bardziej hitowych kawałków.
W gatunku spróbowali również swych sił Stonesi swym Love You Live - ale, jak na Stonesów, to dość kiepska płyta. Zdecydowanie bardziej polecam pojedynczy "Get Yer Ya Ya's Out" z 1970 roku.

Chwilę się zastanowiwszy ułożyłem w myślach Top 10 tychże albumów, który to  wygląda następująco :

1. DEEP PURPLE Made In Japan

2. URIAH HEEP Heep Live

3. LED ZEPPELIN The Song Remains The Same

4. KISS Alive

5. RAINBOW On Stage

6. WHITESNAKE Live...In The Heart Of The City

Absolutny klasyk. Genialne połaczenie purplowskiego hard rocka z ciężkim blues rockiem spod znaku FREE. Zresztą Coverdale na tym etapie swej kariery nasladował styl wokalny Rodgersa na potęgę (później David postanowi śpiewać "pod" Planta, na czym Whitesnake i sam Coverdale zarobią w latach 80tych miliony). "Live...In The Heart Of The City" to znakomite, hard rockowe misterium, ze wspólnym śpiewaniem, z genialnym bluesowym solo Micky Moodyego w "Lovehunter", z zestawem zabójczych, ostrycja jak brzytwa killerów ("Take Me With You" czy "Sweet Talker" rządzą) :
Obłędna sekcja rytmiczna, (wszechobecny bas Neila Murraya), kapitalny Jon Lord, któremu powierzono zupełnie inną rolę niż w Purplach - tam był drugim instrumentem solowym, tutaj jego zadanie to przede wszytskim "ogarnianie" całej muzyki, dobry background, a tylko co jakiś czas ma miejsce na grę solo (mniej też jest Hammonda, więcej fortepianu i syntezatorów).
Gitarzyści.... napisać, że "stylowi" to nic nie napisać. Ich gra to definicja "czucia bluesa", zaś technika slide Mickiego Moody...smakowitości.
No i Coverdale jako arcykapłan tego misterium, w megaformie.

7. AEROSMITH Live...Bootleg

Wahałem się nieco, przyznaję, czy AEROSMITH powinien znaleźć się w tej "złotej dziesiątce", czy też raczej umieścić w tym miejscu RUSH z jego "All The World's On Stage", ale po krótkiej bitwie z samym sobą postawiłem na AERO. Bo "Dream On", bo "Mama Kin", bo w końcu obłędna koncertowa wersja "Train Kept A Rollin". Zasłuchiwałem sie "Live...Bootleg" do obłędu, bardziej niż intelektualnym RUSHEM, stąd końcowy wybór, choć kanadyjczyków też opiszę w suplemencie.
A co do AERO..."Live Bootleg" to godny kontynuator KISSowskiego "Alive". Znakomity wybór utworów (może poza okropnym "Mother Popcorn"), megastylowe, bluesujące gitary Brada Whitforda i Joe Perrego, osobowość sceniczna i charakterystyczny ochrypły wrzask Stevena Tylera (jeszcze megasexy amerykańską wersję Micka Jaggera a nie, tak jak teraz, karykaturę starej indianki, znaną głównie z tego, ze jest ojcem Liv Tyler) - tego się słucha !
Muzyka Aero to tacy trochę ostrzejsi, potraktowani Zeppelinem, Stonesi (ciekawe, że tak samo można opisać AC/DC, a napisać, że AERO jest podobne do Ejsi to jednak mocna przesada...). Muzyka mocno podparta bluesem i żywiołowym rockandrollem, gitarzyści nie na miarę europejskich demigodów pokroju Blackmore'a, Page'a, Rotha czy Schenkera, ale ultramiodni, ze świetnym wyczuciem i feelingiem. Każdy fan ostrego, dionizyjskiego rockandrolla będzie "Live...Bootleg" zachwycony.
Highlight koncertu - "Train Kept A Rollin'" oczywiście. Cover coveru (The Burnettes - The Yardbirds - Aerosmith), ale rwie buty z nóg ! Choć "Rats In The Cellar" też wymiata :



8. UFO Strangers In The Night

Absolutna miazga. Od pierwszej do ostatniej minuty koncertu trwa bezlitosne łojenie. UFO odcedzili ze swych studyjnych płyt cały szlam, jakieś piosełki, balladki, bluesy, "złagodzenia" i nastawili się na jednolity łomot.
To jedna z najlepszych rockowych płyt koncertowych wszechczasów - no i mokry sen gitarzystów metalowych, bowiem to, co na płycie wyprawia Michael Schenker, to tego się nie da opisać, to trzeba słuchać i słuchać.
Charakterystyczne jest również  granie drugiego instrumentalisty - bodajże się Paul Raymond nazywa i jego wsparcie dla szarż Schenkera. Po pierwsze gościu w miare potrzeb gra bądź to na wiośle, bądź na klawiszach. W najcięższych, najmocniejszych momentach daje ścianę riffową razem z Schenkerem, w innych efektownie ubogaca brzmienie keyboardami - co ciekawe prawie wcale nie używa "kanonicznego" dla hard rocka Hammonda - głównie wykorzystuje elektryczny fortepian Fendera, a także syntezator.

Album wyznacza szczytowy punt w karierze UFO, zaraz po trasie, podczas której nagrano "Strangers" Schenker opuścił zespół, co było znakiem końca kreatywnych osiągnięć UFO.
Siłą rozpędu zespół nagrał jeszcze parę przeciętnych płyciszcz, by rozpaść się po wizycie w stanowojennej Polsce AD bodajże '83.
Późniejsze reaktywacje to już cyniczny skok na kasę, niewart uwagi i straty czasu.
Co ciekawe, sam Schenker ze swą nową grupą MSG (Michaer Schenker Group - egotico bombastico...) też nic nadzwyczajnego nie osiągnął. No, ale "Strangers" pozostali wciąż wspaniałą płytą i cieszą uszy metalowych Old Schoolowców.
High light koncertu - "Doctor, Doctor" (mrrrau !) :


9. THIN LIZZY Live And Dangerous


Lizzy zastosowali opisaną przeze mnie, sprawdzoną metodę. Wyselekcjonowali swe najostrzejsze wałki i zagrali je, jeszcze ostrzej i jeszcze żywiej, niż na płytach studyjnych.
Wprawdzie w naparzaniu nie byli tak monotematyczni, jak UFO, w trakcie koncertu znalazło się miejsce na trochę popierdółek w rodzaju "Southbound" czy syfiastego, zapaskudzonego wulcowskim saksofonem (sic!) "Dancing In The Moonlight", no ale dominuje piekielnie ostry hard rock. Album napędza się z numeru na numer, ostatnie sześć numerów to Absulutnie Kultowa Rzeźnia.
"Live And Dangerous" charakteryzuje genialna współpraca gitarzystów. Odmiennie od UFO, gdzie cały splendor zagarnął Michael Schenker, w "Lizzy" na równi współpracują i współbłyszczą Scott Gorham i Brian Robertson.
Ich wspólne granie jest genialne - podprawione mocno bluesem, supermelodyczne i drapieżne jednocześnie, wprost zapowiada gitarowe brzmienie Iron Maiden ("Suicide", "Sha La La La".)
Do tego bulgoczacy bas Phila Lynotta, no i nieco zapoznany, a bardzo Old Schoolowo ceniony artysta za bębnami - Brian Downey.
Jego drum solo w "Sha La La La" to klasyk.
Highlight koncertu - "Sha la la la"

10.SCORPIONS Tokyo Tapes

Swoistym pendant dla gatunku są dwa albumy brytyjskie z początku lat 80-tych, a mianowicie :

11.BLACK SABBATH Live Evil

oraz
12. VENOM Eine Kleine Nachtmusik

a wschodnioeuropejskim reprezentantem gatunku bedzie NRDowski

13.PUHDYS Live

niedziela, 25 stycznia 2015

Stress - zespół jednego riffu

W moje ręce wpadło ostatnio Old Schoolowe rarity - zbiór radiowych nagrań polskiej grupy hard rockowej STRESS, popularnej w pierwszej połowie lat 70-tych.


Napalałem się od pewnego czasu na ten STRESS, no bo hard rocka w PRL było jak na lekarstwo, a jedyny znany mi kawałek STRESSU, hit roku 1972 pt "Ciężką Drogą" rozpalał me  nadzieje na coś nadzwyczajnego.
Aliści wyszła z tego wielka qpa, pisząc nieoględnie.
Naczytałem się, jak to władzy ludowej ciężkie granie było nie w smak, i dlatego zatrzymana została obiecująca kariera STRESSu. Ciotka Wikipedia jak zwykle na pierwszej linii pisania takich bzdutów, choć zdaje się, że i Kamil Sipowicz w swych liner notkach do antologii polskiego rocka hippisowskiego coś takiego pisał.
OK, niechże zostanę zatem PRLowskim zupakiem na miarę sekretarza powiatowego PZPR Stanisława Anioła, ale u mnie Stress też by żadnej kariery nie zrobił, a konkretnie to płyty z materiałem, który miałem nieprzyjemność wysłuchać, bym nie wydał.
W cziom dieło ? Ano, po prostu Stress nie potrafił komponować ! Ich utwory są, jeden w drugi, niewydarzone, niedorobione, jakieś takie koślawe. Po dwu przesłuchaniach materiału upieram się, że cała jakość Stressu to to (nie)szczęsne "Cieżką Drogą" :



Fajny, rozkołysany riff, takie cięższe Canned Heat, w środku mnóstwo bałaganu, ale jakoś się broni w całości.
Niestety, jak mawiał prof Stanisławski "i to by było na tyle"
Złośliwie napisałem, że STRESS jest zespołem tego jednego, jedynego udanego riffu, patrząc bardziej wyrozumiale znajdzie się po jednym  dobrym riffie w większości utworów grupy, ale co z tego, jak po kilkunastu sekundach, po soczystym współbrzmieniu gitar i bębnów zaraz się wszystko rozłazi w szwach. Zamiast pociągnąć kawałek przed siebie kapela stosuje "progresywne" zagrywki, gwałtownie urywając dobry fragment i pituląc bez sensu.
Ciągnące się w nieskończoność a nudne jak flaki z olejem solówki gitary (no, z gościa żaden Lakis ani Kozakiewicz nie jest), zupełnie od czapy wstawiane dźwięki innych instrumentów (a to fletu, a to saksofonu, jakiejś, cholera, okaryny, marimby i co tam jeszcze w studio radiowym stało), kiepskie motywy...słabizna po całości.
Gdybym bym menago rockowym w PRLu, to bym ze Stressem ciężko ale to ciężko musiał popracować. Dobre, ciężkie zagrywki warte byłyby wzmocnienia, mnóstwo muzycznej grafomanii trzebaby po prostu wywalić na śmiecie.
I teksty napisać od początku, bo ich kaleka nieporadność boleśnie rani uszy.

Typowy przykład STRESSowego bełkotu :



Jak dla mnie STRESS to spore rozczarowanie, a z PRLowskiego hard rocka nadal pozostaje na topie BREAKOUT "Blues" (TEST byłby niezły, ale wybierając na wokal Wojciecha Gąssowskiego sami się umieścili w klasie kabaretowej).